Co nowego ...

































































Kto Ci powiedział, że masz czytać wszystko?!


TAJNA HISTORIA POLSKI

SUPERAGENCI XX WIEKU

...i wystarczy!


dlatego proponuję:


w kwietniu 2004 r. drugą książkę z cyklu Superagenci XX wieku:

Płk Michał carewicz Goleniewski. Król kotów


Gdyby Szekspir żył pod koniec, a nie w połowie drugiego tysiąclecia, gdyby
w dodatku zetknął się z politykami i superagentami, wiedziałby, że swoje fundamentalne pytanie źle postawił.

Dziś powinno ono brzmieć:

łgać czy nie łgać

Szef Służby Wywiadu i kontrwywiadu MSW gen. Dyw. W. Pożoga powiedział mi kiedyś, że pod koniec XX wieku nie ma już problemu z wypraszaniem z tego świata ważnych, ale niewiarygodnych dla służb specjalnych osób. W erze totalnej wojny czwartej generacji, czyli wojny informacyjnej, likwidację wystarczy zastąpić kłamstwem. Słowa bowiem zabijają skuteczniej niż kula, nóż czy trucizna. Te rekwizyty należy zachować dla osób, których nie można zneutralizować w inny sposób. Przy tej metodzie kasowania ludzi jeszcze bardziej wzrosła ranga tzw. kombinacji operacyjnych, których najwyższą formę stanowią gry wywiadowcze.

Generał dodał, że na około stu oficerów obu resortów siłowych [MSW, MON], którzy w okresie Peerelu przeszli na Zachód, co najmniej połowa podjęła taką decyzję właśnie w wyniku gier operacyjnych. W jednej z nich ważne zadanie przypadło płk. M. Goleniewskiemu. Był to czas budowy muru berlińskiego [13.08.1961], instalowania sowieckich rakiet na Kubie [21.10.1952] oraz przygotowywania i wykonania zamachu na prezydenta USA Johna F. Kennedy`ego [22.11.1963].

Opracowana przy udziale KGB & GRU legenda kreująca Goleniewskiego na ostatniego cara Rosji jest jedną z najoryginalniejszych w historii wywiadów. Był to prawdziwy majstersztyk roboty operacyjnej, skutecznie odwracający uwagę CIA & FBI od zadań wykonywanych przez agenta na terenie USA. Nie można jednak wykluczyć paradoksu historii mogącego sprawić, że interesy wrogich służb zbiegły się. To wystarczyło, aby dwie różne osoby oddały trzy strzały do prezydenta.

W momencie, gdy zadania CIA & FBI (którym patronował Lyndon B. Johnson) były tożsame z zadaniami KGB & GRU (patronat: Nikita S. Chruszczow) Kennedy był już trupem niczym Atlantyda. Dziś już nie da się udowodnić czy CIA [FBI?], po rozgryzieniu gry KGB, nie wykorzystała Goleniewskiego do jednego z kilku wariantów maskowania prawdziwych sprawców zamachu. Faktem jest, że pułkownik, jeszcze z czasów moskiewskich, znał L.H. Oswalda, powszechnie uznawanego za mordercę J.F. Kennedy`ego.

Być może nic nie znaczącym epizodem w tej grze są interesujące układy personalne pomiędzy: M. Goleniewskim, jako byłym zastępcą szefa Głównego Zarządu Informacji WP a W. Jaruzelskim, jako najmłodszym wówczas generałem PRL i zaraz potem szefem Głównego Zarządu Politycznego WP oraz A. Fominem, byłym frontowym przełożonym W. Jaruzelskiego i w latach 1960-1964 rezydentem KGB w USA, nadzorującym m.in. Goleniewskiego.

We wrześniu 2004 r. szesnasta pozycja z cyklu Tajna historia Polski :

Byłem szpiegiem

Megapeerelowska oligarchia, to brakujące ogniwo w teorii Darwina, zajęta wzbogacaniem III RP wartościami ekshumowanymi ze stalinstewka, w chwilach ekspiacji wspomina, że po ucieczce pułkownika Ryszarda Kuklińskiego do USA [8.11.1981] szef Służby Wywiadu i Kontrwywiadu generał Władysław Pożoga poinformował kierownictwo partii, iż na terenie Peerelu działa znacznie grożniejszy niż Kukliński agent wywiadu.

W 2000 r. brytyjski pisarz i polityk, specjalista od służb specjalnych, Nigel West, w książce The Third Secret ujawnił personalia rzekomego szpiega. Wskazując na gen. Tadeusza Tuczapskiego West trafił kulą w płot.

Na początku lat osiemdziesiątych, które w Peerelu były czasem powstania "Solidarności" oraz intensywnego odłowu agentów zachodnich służb specjalnych, ruszyłem tropem szpiega. Nie bez pomocy Pożogi dotarłem do figuranta. Był w randze wiceministra. Zaprzyjaźniłem się z nim. Przegadaliśmy dziesiątki godzin. To szalony facet z zadziwiająco poskręcaną biografią. Jego życie zdominowały trzy wątki: miłość, wywiad i polityka. Grając z sowieckimi, peerelowskimi, brytyjskimi, niemieckimi, izraelskimi i amerykańskimi służbami specjalnymi nie był wierny żadnej z nich. Będac chrześcijaninem kierował się zupełnie niechrześcijańskimi uczuciami - zemstą, zawiścią i nienawiącią. Już dawno zapomniał jak się modlić. Jednak przed ważnymi akcjami, które przygotowywał na polecenie wywiadu, przypominał sobie o istnieniu Boga i powtarzał w duchu: "Proszę Cię, Boże, nie pozwól, żeby to się udało tym sukinsynom".

W Byłem szpiegiem przedstawiam życie agenta w pierwszej osobie. Wierząc, iż nie należy dokuczać miłym staruszkom, celowo gmatwam niektóre wątki mogące ułatwić jego identyfikację. Wszystkie opowiedziane fakty są prawdziwe, aczkolwiek widziane oczami mojego bohatera, co nie gwarantuje bezstronności. Niektóre wątki wzbogacam o oryginalne relacje byłych wysokich funkcjonariuszy służb specjalnych bądź polityki, nagranych na taśmę magnetofonową i przekopiowane na dołączoną do książki płytę CD. Bohater tej książki napisał w życiu, na potrzeby różnych służb, kilkadziesiąt życiorysów. Wszystkie były fałszywe. Gdyby chciał napisać prawdę, mógłby to zrobić tak:

Karierę zacząłem pod koniec września 1939 r. od zastrzelenia przyjaciela. Ożeniłem się z jego żoną, bo nie chciałem, aby dzieci najbliższego kolegi zostały sierotami. Poza tym, kochałem ją. Wkrótce przekonałem się, że wojna nie jest dobrym czasem na miłość. Wstąpiłem do AK i zaraz potem wpadłem w łapy NKWD. To ta służba, a nie Nemezis sprawiła, że byłem świadkiem ważnych dla Polski zdarzeń. Nie mając złudzeń, co zamierza Stalin, chciałem udowodnić enkawudystom jakim sukinsynem można zostać, gdy się jakąś urojoną misję potraktuje poważnie.

Przez pewien czas byłem chłopcem do wszystkiego w świcie gen. Sierowa. Wiem kto i dlaczego wsypał Grota Roweckiego i jak wyglądała prawda z porwaniem 16 przywódców Polski Podziemnej. Z zainteresowaniem przyglądałem się fałszowaniu Referendum i grze bezpieki ze S. Mikołajczykiem. W 1947 r. chyba jednak nadużyłem nieco zaufania swego przyjaciela K. Świerczewskiego, bo chcąc się przekonać, czy rzeczywiście generał się kulom nie kłania, wystawiłem go na strzał grupy ukraińskich nacjonalistów dowodzonych w sposób kapturowy przez NKWD.

W latach 1948-1954 skutecznie odegrałem kilka znaczących epizodów w grach wywiadu z Delegaturą WiN, OUN/UPA i ośrodkiem w Bergu. Potem służyłem w wielu krajach, w tym w Wietnamie, gdzie starły się interesy ZSRR, USA i Chin.

Obserwując z różnych perspektyw Polskę uważam, że w najważniejszych dla Peerelu wydarzeniach zawsze chodziło o władzę i kapitał. Władza trafiała w polskie ręce, ale zawsze z nadania lub z przyzwolenia Politbiura sowieckiego, które manipulacje w "bratniej Polsce" zleciło swoim służbom specjalnym [NKWD/KGB & GRU]. Wiem, że historia lubi się powtarzać, a Sowieci, urządzając kadrowo Peerel, często sięgali po metodę recyklingu. Modelowym przykładem jest tu Gomułka, któremu na każdym etapie stawiano inne zadania. W latach 1944-1948 było to szlachtowanie opozycji niepodległościowej, a po 1956 wyeliminowanie szlachtujących, ale nie tylko.

E. Gierek potrzebny był KGB jako facet, który otworzy Sowietom drzwi na Zachód, zapewni solidny zastrzyk dolarów i umożliwi przyszłemu gensekowi, M. Gorbaczowowi nawiązanie kontaktów biznesowo-politycznych w USA i Francji.

Jednak najważniejsze polecenie - stworzenia swoistego laboratorium dla przetestowania przygotowań do pieriestrojki, przypadło gen. Jaruzelskiemu. Generał, pozwoliwszy wybrać się premierem i I sekretarzem KC PZPR mianował się szefem WRON i ogłaszając [13.12.1981] stan wojenny rozpoczął wykonywanie zadania.

Akcja wzięcia narodu za mordę wyszła Generałowi perfekcyjnie. Znacznie gorzej poszło z ekonomią. Jednak w tej dziedzinie nie spodziewano się rewelacji. Burdel gospodarczy, zwany realnym socjalizmem, oparty o księżycową ekonomię, był niereformowalny. Tu był potrzebny cud.

Cudu nie było i Jaruzelski przystąpił do drugiego etapu - uwłaszczania nomenklatury (za cenę oddania części władzy) oraz generowania opozycji koncesjonowanej, która miała wziąść na siebie odpowiedzialność za pomyślność reform. Uwłaszczenie bardzo się nomenklaturze spodobało. Miała już dosyć utyskiwań swego buntowniczego potomstwa narzekającego, iż pomimo przywilejów, w socjalistycznej ojczyźnie żyje się im gorzej niż klasie średniej na Zachodzie. Nomenklatura, której oprócz uwłaszczenia obiecano decydujący udział we władzy, dała się przekonać nie wiedząc, że o władzę przyjdzie jej walczyć w trudniejszych niż niegdyś warunkach, albowiem nie będzie już wolno wyrzynać rywali.

Brałem udział przy majstrowaniu Okrągłego Stołu, przy którym opozycja koncesjonowana usiłowała wykołować nomenklaturę i vice versa. Pierwsi zapomnieli o istnieniu służb specjalnych i agentów, nie tylko peerelowskich. Drudzy, świetnie o tym pamiętając, czekali na sprzyjający moment do zagrania tym asem. W taki sposób wszystko zaczęło się toczyć od nowa. Teraz mamy demokrację sterowaną przez "trzymających władzę", dziki, morderczo-mafijno-korupcyjny kapitalizm, świeżych, pochodzących z mezaliansu opozycyjno-nomenklaturowego oligarchów i, w perspektywie - eldorado. Znowu widzimy światełko w tunelu. Niestety, nikt nam nie chce powiedzieć jak długi jest ten tunel.

Jeżeli jesteście ciekawi kiedy zacząłem się bać, to powiem, iż dopiero po zabójstwach generałów P. Jaroszewicza, J. Fonkowicza, M. Papały oraz J. Dębskiego. Byli to faceci, których wiedza, podobnie jak moja, mogła zaszkodzić niejednym współczesnym układom polityczno-biznesowym.


do góry