ROZWAŻANIA NAD USTAWĄ ANTYTERORYSTYCZNĄ

Ustawa antyterrorystyczna daje wszelkim służbom specjalnym nieograniczone możliwości werbowania agentury, a tym samym pełnej kontroli czynów i myśli społeczeństwa. W 1990 r. myślałem, że wraz z rozwiązaniem bezpieki jest to już przeszłość. Napisałem wówczas w Tajnej historii Polski tekst zatytułowany AGENT NA AGENCIE NA AGENCIE AGENT. A NA TYM AGENCIE.

JESZCZE JEDEN AGENT. Było to wymyślone od „A” d „Z”. Przedstawiłem jak to mogło wyglądać i, w postscriptum jak w rzeczywistości sprawa wyglądała.

Czy dziś chciałbym coś do niego dodać. Tylko tyle, że w świetle ustawy cała sprawa wygląda jeszcze ciekawiej niż w Peerelu. Oto ten tekst:

Generał Czesław Kiszczak po objęciu stanowiska ministra spraw wewnętrznych wydał zarządzenie, aby dotychczasowe zadania, wykonywane przez Służbę Bezpieczeństwa w pasie granicznym, przejął zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza. Zachowując obowiązującą stylistykę, napisałem wtedy sprawozdanie z fikcyjnej podróży dziennikarskiej nad granicę państwa.

Wioska B. ma korzystne usytuowanie geopolityczne. Od południowego wschodu graniczy z Czechosłowacją, od południowego zachodu z Niemiecką Republiką Demokratyczną, a pozostała rubież ma jeszcze solidniejsze oparcie w tajnej bazie rakietowej Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej – ostoi światowego pokoju.

Sioło liczy cztery zagrody zamieszkałe przez osiem dorosłych osób i siedemnaścioro dzieci. Są wśród nich cztery kobiety i tyleż mężczyzn oraz dziesięciu chłopców i siedem dziewczynek (w tym pięć nad wyraz rozwiniętych czternastolatek).

Mężczyźni – to rezydenci wywiadów tworzący społeczny kolektyw rezydencki miejscowości B., zakonspirowany jako „Specjalnego Znaczenia Komitet Przeciwalkoholowy”, czuwający, aby nikt niepowołany nie dał żeru wrogom Polski Ludowej – syjonistycznym imperialistom prowadzącym aneksjonistyczną politykę za pomocą dobrze nam znanych metod.

Kobiety są agentkami zakamuflowanymi pod kryptonimem „Tajne Koło Gospodyń Wiejskich”, dzieci zaś, wykonujące na co dzień czarną robotę Tajnych Współpracowników, figurują w kartotekach służb specjalnych jako „Poufny Młodzieżowy Klub Krzywej Elipsy imienia Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego”.

Sołtys jest rezydentem Urzędu Bezpieczeństwa. Zastępca sołtysa pilnuje interesów bezpieki i Informacji Wojska Polskiego. Sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej obsługuje Urząd Bezpieczeństwa, Informację i Wojska Ochrony Pogranicza. A jedyny bezpartyjny mieszkaniec miejscowości B., zwany dla kamuflażu Bezpartyjną Swołoczą, trudzi się dla bezpieki, Informacji, WOP-u i Milicji Obywatelskiej. Przychodzi mu to bez trudu, albowiem od urodzenia jest ślepy i głuchy, zaś przebywając w czasie drugiej wojny światowej w Związku Radzieckim przestał również mówić. Ponadto, wypełniając internacjonalistyczny obowiązek, dobrowolnie pozbył się lewej nogi, prawej ręki, dwóch palców u lewej ręki, prawej półkuli mózgowej, lewego płuca i trzeciej nerki, przeznaczając te walory dla żołnierzy Armii Radzieckiej dających bohaterski odpór buńczucznym ekstremistom afgańskim. Arabom walczącym z ekspansjonistyczną prowokacyjną soldateską izraelską podarował ślepe oko, pół wątroby i spory kawałek jelita grubego. Wietnamczyków wspiera datkami, a Kubę dobrym słowem.

Niepełnosprawny bezpartyjniak, nie mogąc się udzielać w pracach gospodarskich, cały czas poświęca dla dobra tajnych służb. Codziennie, od świtu do późnych godzin nocnych, z jego pokoju rozbłyska naftowy kaganek profilaktycznej oświaty służb specjalnych i dolatuje klangor maszyny do pisania. To bezpartyjny towarzysz wystukuje dwoma palcami relacje z tajnego frontu, a trzecim, w języku migowym, gdyż prawdziwy Polak potrafi, wydaje żonie polecenia wywiadowcze. W godzinach przedświtowych Bezpartyjna Swołocz twórczo transponuje na chłopski grunt przewodnią myśl marksistowsko-leninowską dbając, aby różne mydłki polityczne i chuligani syjonistyczni – politykierzy z tytułami naukowymi, nosiciele rewizjonizmu i bankruci polityczni – dojczgewandy, szlajfery, baumany czy brusy nie opluskwiali socjalizmu i Polski. Silna mądrością wszystkich Polaków Swołocz, bezkompromisowo niszcząc watahy brudasów z radia Freies Europa, codziennie wyrywa antysocjalistyczne żądło kołakowszczyźnie i szaffizmowi oraz innym gnojkom politycznym.

Żona Bezpartyjnej Swołoczy jest agentką podwójną, towarzyszka sekretarzowa – potrójną, a sołtysowa i wicesołtysowa – wielopiętrowymi.

Podstawowe problemy wywiadowczo – kontrwywiadowcze rozwiązuje kolektyw rezydencki zobligowany do bezpośredniego kierowania siatkami agenturalnymi. Członkowie kolektywu, bez przerwy, kosztem ogromnych wyrzeczeń, z czystej miłości do Ojczyzny, Pana Prezydenta i Ministra Spraw Wewnętrznych pracowicie odbywają tajne tete a tete z agentkami, i jeszcze tajniejsze spotkania kontrolne z Tajnymi Współpracownicami, mając najwięcej roboty z tymi nad wyraz wyrośniętymi.

Wyciągnąwszy właściwe wnioski z doświadczeń historycznych, wyrugowano w pierwszym rzędzie wyuzdany, zwyrodniały rewizjonizm, wypleniono z korzeniami fajerwerkowatą, niemiecko – żydowską reakcyjną działalność Lwa Dawidowicza Bronsteina, czyli fałszywego towarzysza Trockiego, co pozwoliło miejscowość B. o kilka wiorst zdystansować konkurentów współzawodniczących o Puchar Szefa Urzędu Rady Ministrów dlaNajlepszego Sioła w Donoszeniu.

Niestety, chlubne, patriotyczne działania mieszkańców mogą się niedługo skończyć. Tak, jak skończyły się pomysły na kolejne donosy pisane trzy razy dziennie, plus sprawozdania tygodniowe, plus zestawienia miesięczne, plus analizy kwartalne, plus opracowania roczne.

W miejscowości B. doszło do tego, że obecnie, nikt już nie może wymyślić niczego nowego na sąsiadów, aby sporządzić kolejny meldunek dla Centrali.

W tej beznadziejnej sytuacji na wysokości zadania stanął (dodajmy od siebie, że nie po raz pierwszy) szef szefów, czyli sołtys towarzysz Gromosław Wachadłowski, rozkazując pisać donosy na samych siebie. Zagrożona reputacja miejscowości B. została uratowana.

W 1989 r. życie dopisało puentę

Przeglądając przeznaczone do zniszczenia materiały z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych ze Szczecina natknąłem się na sprawozdanie operacyjne, z którego wynikało, że w nadgranicznej wiosce R. na osiemnastu mieszkańców (w tym dziewięcioro dzieci), trzy osoby współpracowały z Urzędem Bezpieczeństwa, dwie z Informacją, jedna z Milicją Obywatelską, jedna ze Strażą Ochrony Kolei, jedna ze Strażą Portową, a wszystkie ze zwiadem Wojsk Ochrony Pogranicza.

Ponadto wioskę często odwiedzali „towarzysze radzieccy ze Świnoujścia, Szczecina i Chojny”.

WAŁĘSA JESZCZE RAZ

Poprzedni wpis „Wałęsa i…” wywołał Kika uwag czytelników. Zarzucono mi niekompatybilność z aktualną sytuacją, szczególnie z tym, co się dzieje wokół niegdysiejszego prezydenta. Uzupełniam więc  tekst  o to, co wiem w tej sprawie (z niewielkimi opustkami). Pamiętam jednak, że pamięć  łączy się ze stratą szczegółów.

Puszka z Pandorą Paganiniego manipulacji czyli „CzeKiszczaka”

Notowałem na laptopie wypowiedzi przyjaciół szukających argumentów na obronę spiskowej teorii dziejów. Wiem, że być intelektualistą w Polsce to pleść bezkarnie głupstwa przed kamerami w porze największej oglądalności.

W latach sześćdziesiątych poznałem kilku wielkich oficerów MBP, ale się z nimi na jego temat nie naradzałem. Wiele z tych postaci jest do dziś przekonanych, że w pierwszej dekadzie Peerelu, aby żyć, musieli wszystko robić porządnie, a zwłaszcza zabijać. Morderstwa wymagały od nich niemałej dozy determinacji i zręczności.

Kto tego nie potrafił, tracił posadę w Firmie. Każdy oficer musiał zbrojnie wyrąbać swoje miejsce. Moi znajomi z bezpieki to beznadziejne przypadki. Głęboko i głupio wierzyli, że zabijanie w czasie zdobywania i utrwalania władzy ludowej było dziejową koniecznością. Mieli szczęście. Nigdy nie zapłacili za to, co zrobili. Widać, że jeżeli się ma szczęście, to i głupota nie zaszkodzi.

Tłumaczyli, że musieli być twardzi. Z tego przekonania trudno ich wyleczyć. To przekonanie siedzi w nich do dziś. Jest nieuleczalne. Modelowym przykładem takiego myślenia był inteligentny jak zapalarka do gazu „CzeKiszczak”. To nie był bynajmniej substytut miłości i empatii. To był swoisty Paganini sztuki manipulacji. To generał wierzący, że nie ma w sobie nic do zarzucenia. To ogromne stężenie pychy, cwaniactwa i arogancji. To facet nie pamiętający nic z tego, co robił w przeszłości w szczególności nie pamiętający co mówił o Wałęsie i w jaki sposób nakazywał walczyć z nim.

***

Pułkownik Podpora, który miał wszystko to, co jest niezbędne oficerowi operacyjnemu w UB i MSW. W dodatku miał stopień doktora, a jako naczelnik Wydziału Niemieckiego w departamencie kontrwywiadu wiedział wszystko o wywiadzie niemieckim (BND). Wiedział nawet to, o czym nie wiedzieli nawet oficerowie BND, a mianowicie, że RFN chce nam odebrać nasze Ziemie Odzyskane. Doktor nauk okołoemeswowskich był facetem, z którym bezpieczniej było iść na piwo a nie prowadzić wojnę, bo Podpora dysponował właściwą orientacją polityczną popartą alkoholicznie, po której nigdy nie miał kaca i który po wypiciu szklaneczki, a najlepiej dwóch, opowiadał, że w przededniu stanu wojennego, w czasie odprawy z kierownictwem resortu Kiszczak pouczał zebranych mniej więcej tymi słowami:

– Wałęsa?! To jest puszka z Pandorą. Otworzycie wieko i wyskoczy dziesięć mniejszych puszek. A w każdej będą mniejsze Pandorki – Geremek, Modzelewski, Kuroń, Michnik, Borusewicz itp. Otworzycie którąś z mniejszych Pandorek i zaraz wychyną Bujak, Frasyniuk, Rulewski, Pinior, Gwiazda, Jurczyk, Celiński etc. A każdy z nich wywlecze dziesięć, sto tysięcy ludzi. To groźna sytuacja. Musi być przełamana. Metody polityczne zawiodły, tak samo jak i operacyjne. Musimy zniszczyć puszkę z Pandorą. Bądźcie gotowi!

Nie wiem, czy Podpora nie ubarwił relacji. Uważał ministra za egocentrycznego durnia i politycznego manipulatora faktami. Wedle doktora generał nie był ani mądry, ani pewny siebie, oni kompetentny, ani wyposażony w inne cechy potrzebne na jego stanowisku. Podpora nie czuł sympatii do Kiszczaka. Miał swoje powody, aby mu nie życzyć dobrze. Słowa ministra o „Pandorkach” podobno podgrzały atmosferę. Oficerowie oliwili pistolety. Niektórzy pobierali z magazynów kałasznikowy i kajdanki.

Między ministrem i jego pierwszym zastępcą nie było miłości

A W. Pożoga? On, niczym dobry Atlas dźwigał na swoich barkach cały ciężar gier i kombinacji operacyjnych, niektórych wyjątkowo paskudnych. Wiedząc, że całość materiałów dotyczących gier wywiadów z lat osiemdziesiątych była do 1989 r. na kilku dyskach komputerowych, w czasie jednej z ostatnich rozmów z byłym szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu (jesień 2014 r.) opowiedziałem mu o niegdysiejszej rozmowie z jego podwładnym i spytałem dlaczego na liście Podpory nie ma Lecha i Jarosława Kaczyńskich? Chciałem też wiedzieć gdzie są dyski, skoro nie ma ich w IPN? I dodałem, że bez zawartych na tych nośnikach dokumentów niemożliwe wydaje się wyjaśnienia wszystkich niuansów związanych z transformacją ustrojową.

Generał przyznał mi rację. Na moment zamilkł. Chwilę chodził po pomieszczeniu. Być może myślał co  odpowiedzieć. Było bezgłośnie. Słychać było tylko kroki na wykładzinie. Po minucie wymienił dwa nazwiska:

– Jaruzelski i Kiszczak. Ale raczej Kiszczak. Jednak głowy za to nie dam. Nie było mnie już wówczas na Rakowieckiej. Byłem ambasadorem w Bułgarii. Ci generałowie byli najwybitniejszymi prywatyrazatorami archiwaliów końca Peerelu. Oni mogli mieć każdy dokument. Wziąć go bez kwitowania, nielegalnie. Taki był zwyczaj. Dobrze pan o tym wie. Przecież pan sam, panie Henryku, w swoich książkach publikował dokumenty z prywatnego zbioru Jaruzelskiego.

– Pan także mógł mieć wszystko?! A także pana następca. A Pan? Też pan, generale, coś zachomikował?

– O swoim następcy i jego postępowaniu z dokumentami nic nie wiem. Generała Dankowskiego uważałem za zausznika Kiszczaka i nie fraternizowałem się z nim A ja? Ja też coś z dokumentów miałem w domu. Niewiele. Ale żona się bała. Kazała spalić. I ja spaliłem. Dokumenty, które pan otrzymywał ode mnie w latach osiemdziesiątych były odtajniane na mocy rozkazu ministra. Dałem to przecież panu na piśmie. Miałem trochę prywatnych notatek dotyczących wydarzeń grudnia 1970 r. na Wybrzeżu, gdy byłem w Gdańsku zastępcą komendanta wojewódzkiego MO ds. bezpieczeństwa, które także panu przekazałem. Powinien pan również pamiętać, że pisząc książkę Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie chcieliśmy opowiedzieć ciekawą historyjkę wywiadowczą związaną z L. Wałęsą, ale brakowało dokumentacji. Molestowaliśmy nawet gen. Henryka Jasika, aby odtajnił niektóre sprawy (chodziło o meldunki operacyjne – przyp. H.P.). Generał nie mógł, albo nie chciał tego zrobić. A może tych dokumentów już nie było w MSW? No i książka obyła się bez tego wątku.

– A KGB? Oni mogli mieć coś z zasobów Biura „C”? Mogli dysponować dyskami komputerowymi, o których wspomniałem?

– Do momentu, gdy rezydentem KGB w Warszawie był gen. W. Pawłow, Rosjanie mieli od nas wszystko to, co chcieli. Mam tu na myśli MSW i MON. Mówił mi o tym także gen. Buła, bo go pytałem jak te sprawy wyglądają w jego służbie. Co i ile czego dokładnie brali od nas, tego nie wiem. Ale dużo materiałów brali. Pamięć jest zawodna. Ja nie byłem dysponentem Biura „C”. Pamiętam jednak, że na początku lat osiemdziesiątych Pawłow zażądał wszystkich materiałów dotyczących Karola Wojtyły, głównie ze SB i mojej służby. Coś na temat Wałęsy i innych opozycjonistów też szło do Moskwy. Ale szczegółów nie potrafię podać. O takich sprawach decydował minister. Z chwilą objęcia funkcji genseka przez Gorbaczowa niewiele się zmieniło. Może tylko większą wagę przykładano do nośników elektronicznych. W tej dziedzinie byłem jednak słaby i nie wszystko, nawet we własnej służbie kontrolowałem. Chyba minister był tu lepszy. Mogę jednak powiedzieć, że nadal Rosjanie dawali nam to co chcieli, a my Rosjanom to, co mieliśmy.

– A Kaczyńscy? – przypomniałem generałowi.

– Panie Henryku! Toż to w latach osiemdziesiątych byli B-klasowi opozycjonići. Niech pan policzy w ilu materiałach resortowych i Biura Politycznego KC PZPR przewija się nazwisko Wałęsy. W ilu innych opozycjonistów. A w ilu widnieją nazwiska Kaczyńskich? To są fakty. Nikt ich już nie zmieni. Nie pamiętam aby w najważniejszych dokumentach widniało nazwisko któregoś z braci. Lech Kaczyński był wprawdzie w latach siedemdziesiątych zaangażowany w działalność Wolnych Związków Zawodowych, a w stanie wojennych internowany, ale piętnaście tysięcy innych działaczy także było internowanych. Natomiast o Jarosławie usłyszałem dopiero jak przygotowywaliśmy się do transformacji, gdzieś tak od połowy lat osiemdziesiątych. Nie znaczy to jednak, że oni nie działali. Ale, jeżeli była to działalność opozycyjna, to była na tyle lokalna, że na mój szczebel nie docierała. Jednak począwszy od „Okrągłego Stołu” oni błyskawicznie  doszlusowali do ekstraklasy polityków. Ostro szli w górę. Jeden został prezydentem, a drugi premierem. To był ich osobisty sukces.

– No to jeszcze spytam o Lecha Wałęsę.

– Setki razy pułkownikowi tłumaczyłem, że on dla mnie stanowi tajemnicę. Do dziś nie rozumiem, jak to się stało, że w 1980 r. stanął na czele strajku w stoczni i w krótkim czasie wyrósł na wszechpotężnego trybuna ludowego. Od tego czasu resort prowadził z nim bezwzględną wojnę, którą przegraliśmy. Przecież gdy byłem w Gdańsku… Tak on już wówczas odgrywał jakąś rolę. W 1970 r. rozmawiałem z nim tylko jeden raz. Nic jednak nie znamionowało, że za dziesięć lat da się nam aż tak we znaki. Zresztą mówiliśmy już o tym tyle razy… Gdyby mi wówczas ktoś powiedział, ze odegra on jakąś istotną rolę w historii powiedziałbym, że to wariat.

– A gen. Pawłow był zainteresowany Wałęsą?

– W latach osiemdziesiątych byłoby dziwne, gdyby nie był. No i nie tylko Pawłow. Także inne służby demoludów.  Także Kubańczycy. Mówiłem pułkownikowi o tym…

***

Pożoga był bez wątpienia oportunistą, ale podszyty pewnym dyskretnym nurtem opozycyjności wobec najbrutalniejszych rozkazów Kiszczaka i Jaruzelskiego. Generał nie lubił specjalnie ani jednego, ani drugiego, choć zachowywał się tak, jakby ich lubił, bo zawsze dbał o utrzymywanie dobrych stosunków z przełożonymi. Nie przeszkadzało mu to podejrzewać, że minister musiał mieć coś z natury zwierzęcia. Podobnego zdania na temat „CzeKiszczaka” był również płk M. Wieczorek i płk A. Gotówko.

Kto ma chrapkę na życiorys Lecha Wałęsy?

Cz. Kiszczak, po przekroczeniu dziewięćdziesięciu lat, zdawał sobie sprawę, że nie jest już potrzebny ale, dzięki skradzionym dokumentom z Biura „C”  MSW nadal czuł się groźny. Na co dzień był ponury jak gradowa chmura. Wychodząc z domu przybierał taką minę, że nawet psy czmychały. Jedynie w czasie rozmów z dziennikarzami – pochlebcami był zadowolony z siebie. Opowiadał im bajki. Mówił, że jego receptą na szczęście jest – dobre zdrowie i zła pamięć. W telewizji można było obserwować jak siedzi na daczy wyłożonej drewnianą boazerią, umajoną trofeami myśliwskimi i opowiada dziennikarzom o swoich niebywałych sukcesach.

Od ćwierć wieku starał się wykreślić ze swego mózgu sprawy nieudane, złe, brutalne, nędzne moralnie, paskudne etycznie i estetycznie. Ale, jestem o tym przekonany, te sprawy tkwiły w jego świadomości jak ogromna drzazga z lipowego drzewa w tyłku. Być może gdy zasypiał jawiły mu się przed oczyma bezkompromisowe, pryncypialnie komunistyczne, bezlitosne akcje przeciwko ludziom uznanym za wrogów socjalizmu. Kiszczak był na to zbyt rozumny, by tak nie było.

Generał udanie symulował chorobę. W udawaniu zawsze był dobry i wiele sądów udawało, że mu wierzy. Ale znalazły się także sądy, które nie uwierzyły i wymierzały najłagodniejszy z możliwych wymiar kary. I wówczas wkraczały najmimordy i lekarze. Tak się składa, że leczyliśmy się u tego samego lekarza. Wybitnego kardiologa. Profesora zresztą. Leliśmy na tym samym oddziale kardiologicznym. Mój dawny minister bynajmniej nie zachowywał się jak hipochondryk.

Z chwilą wkraczania adwokatów wszystko zaczynało się od początku. Pozorowana zła pamięć pozwoliła „CzKiszczakowi” zapomnieć o wielu niegodnych czynach i wyłgać się od odpowiedzialności za nie. A zapomnienie, szczególnie w służbach specjalnych jest normą i często stosowaną formą kłamstwa. Ale może to nie było jedynie zapomnienie? Może polisą ubezpieczeniową była prywatyzacja materiałów bezpieki?

Mniej więcej orientowałem się co i na kogo było. Nie było wiele o prezydencie Stanów Zjednoczonych, ale już o jego urzędnikach było całkiem sporo, np. o niedawnym ambasadorze USA w Warszawie i jego kontaktach z opozycją w latach osiemdziesiątych, kiedy ambasador był zaledwie sekretarzem tej placówki amerykańskiej było kilkanaście metrów bieżących dokumentów w samej tylko Służbie Wywiadu i Kontrwywiadu. Nie muszę chyba dodawać, ze te „kwity” były bardzo łakomym kąskiem dla gen. Pawłowa i jego następcy.

Więc minister przeglądał „kwity” i segregował: to dla Pawłowa, to do Biura „C”, a to do prywatnej kolekcji. Kolekcji składającej się z kradzionych dokumentów. „Czekiszczak” był zapobiegliwym kolekcjonerem. Miał kilka pudeł z dokumentami poupychanych tu i ówdzie.

***

Pudło na pudle /Na pudle pudło / A na tym pudle / Taka wielka, zapobiegliwa… baba. Bo generał miał wielkie oparcie w żonie Marii Teresie. Stała przy nim jak Mur Chiński przy Państwie Środka, jak krasnoludki przy sierotce Marysi, jak warta honorowa przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Pani dr Kiszczakowa chwali męża w mediach i książkach, bo – jak sama mówi – jest poetką i pisarką. Ma takie prawo, a nawet moralny obowiązek. Wprawdzie wierszoklectwo nie czyni z kobiety poetessy, a grafomaństwo pisarza, ale wobec ataków na Czesława Kiszczaka, to dobrego słowa o generale nigdy za wiele.

No i generałowa, kumając z pracy operacyjnej trzy po trze, para piętnaście, kombinując wykombinowała coś wyjątkowego. Ćwierć wieku temu, jako ekonomistka zaćwierkała pierwszy raz. Aby zgeszefcić mundur małżonka wymyśliła „Aukcję prominent”. Mianowała się jej dyrektorem. W ogłoszeniu o aukcji kłamliwie i megalomańsko napisała, że gen. Kiszczak „…w latach 90-tych minister spraw wewnętrznych, wicepremier, premier, który przekazał to stanowisko Tadeuszowi Mazowieckiemu” (mundur nabył Hoover Institution z USA). Nie poprzestała na tym. W lutym 2016 r., mając chyba świadomość, że „moralność archiwum bezpieki” jest przez niektóre osoby wyżej oceniana od moralności czysto ludzkiej, chciała spieniężyć w IPN za 90 tys. złotych skradzione przez „CzeKiszczaka” dokumenty Biura „C” MSW. No powiedźcie sami: miła białogłowa? Prawda? Spieniężyła mundur. Chciała spieniężyć „kwity”… Gdyby minister żył, byłby chyba kontent z takiej połowicy?

Geszeft generałowej się nie udał. Wybuchła afera. Wymierzona ją nie, nie w Kiszczaka, a w Lecha Wałęsę. Po wybuchu hecy z kradzionymi „kwitami” doktor Kiszczakowa zapraszała dziennikarzy i robiąc mnóstwo przyjaznego jazgotu chciała aby jej uwierzono w opowieści nie do uwierzenia.

A Wałęsa? Jest. I niestety tłumaczy się po swojemu. A światowe echa jego tłumaczenia wzmacniają zadziorne, czupurne, zawadiackie, buńczuczne, chełpliwe opowieści. Bo też z Wałęsą jest zawsze to samo. To postać, która mówi zawsze to, co mu w duszy gra i nie obchodzi go to, czy to się komuś podoba czy nie. Mieć mu to za złe to tak, jakby zgłaszać pretensje do jesieni, że czasami leje jak z cebra. Można być uczciwszym, mądrzejszym, inteligentniejszym, potężniejszym lecz bardzo trudno być od Wałęsy, capo di tutti capi, lepszym.

Były przywódca „Solidarności” sądzi, że ktoś chce mu ukraść bohaterski życiorys. Ale nie chce zdradzić kogo ma na myśli. Bo biada temu, o kim „kwity” bezpieki mówią za wiele. Więc na razie Wałęsa pokazuje kserokopie i oryginały dokumentów z szafy dr Marii Teresy Kiszczak, na pewno „kwitów” autentycznych. Ale czy aby prawdziwych? A „kwity” niesfornie ześlizgują się ze stołu jak podróbki fałszywych zegarów Salvadora Dalego.

Jak było? Jak mogło być?

Uf, ktoś bardzo nie lubi Lecha!

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Wyprowadzają Wałęsę przez bramę stoczni.

I Wałęsa idzie. Bo musi. Już w trzecim dniu strajku jest „zgarnięty” przez bezpiekę. W takim wypadku funkcjonariuszom trudno odmówić.

Przed stocznią oczami wyobraźni widzi ciała zastrzelonych kolegów przykrytych workami papierowymi…

Myśli: „O k…!”

Wprowadzają go na komendę milicji. Z poszczególnych pomieszczeń dochodzą krzyki, jęki bitych ludzi…

Myśli: „O k…!

Przypomina sobie: mam żonę, dzieci. Wcześniej oddal Danucie zegarek i obrączkę ze słowami: „sprzedaj, jak nie wrócę”.…

Myśli, że ma duże szanse, aby nie wrócić. Powtarza: „O K…”

Po przesłuchaniu podtykają jakiś świstek i każą podpisać.

Podpisuje.

Potem go molestują.

W końcu, po kilku latach, pokazuje bezpiece gest Kozakiewicza, który jeszcze nie był gestem Kozakiewicza, a po prostu polskim „wałem”. Bezpieka w zamian sugeruje zwolnienie go z pracy. Pozbawiony „anioła stróża”, czuwającego nad Wałęsę kapturowo, zdolny elektryk wylatuje ze stoczni. Kierownictwo chce mieć spokój. A Wałęsa jak to Wałęsa. Usiedzieć nie może. Ciągle mu się coś nie podoba.

***

Tu dygresja. Pisząc Siedem rozmów z generałem… każdorazowo prosiłem Pożogę o materiały ilustrujące przebieg różnych operacji. Jeden z rozdziałów książki, zatytułowany Rozstrzelany grudzień (razem z 6 innymi rozdziałami zatrzymała go cenzura: wydałem go jako oddzielną pozycję dopiero w 1990 r.). Generał dał mi wówczas sporo materiałów dotyczących Wybrzeża, w tym dwa tomy notatek własnych, służących jako podstawowy materiał do opracowywania sześciogodzinnych meldunków KW MO w Gdańsku (podpisanych przez komendanta płk Kolczyńskiego i jego zastępcę płk Pożogę) i słanych w formie szyfrogramów do MSW w Warszawie. Notatki Pożogi były znacznie obszerniejsze niż meldunki i, oprócz analiz i doniesień podwładnych  Pożogi, zawierały niektóre doniesienia agenturalne. Pamiętam, że dwukrotnie albo trzykrotnie przewijało się tam nazwisko Lecha Wałęsy. Był zatrzymany. Przesłuchiwany. Podpisał zobowiązanie do zachowanie tajemnicy. Były też jakieś „kwity” z późniejszych spotkań z figurantem…

Spytałem generała jak mam rozumieć jego notatki? Czy Wałęsa był agentem? Pożoga coś tam kręcił. Nie chciał dać wyraźniej odpowiedzi. W końcu powiedział, że z Wałęsą rozmawiano w taki sposób, w jaki rozmawiano z setkami innych zatrzymanych w czasie rewolty grudniowej, którzy byli zaewidencjonowanych w dokumentach operacyjnych. Generał dodał jeszcze, że w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, po zaangażowaniu się Wałęsy w działalność Wolnych Związków Zawodowych zrezygnowano z „usług” figuranta. Stało się tak ze względu na jego krnąbrność i niechęć do rozmów (dlatego pisząc książkę Tajna historia mojego życia. Wałęsa i… Kryptonim „Bolek”. Operacje tajnych służb MON i MSW napisałem m.in.: Wydawało mi się, że Wałęsa, który całe życie, aż do sierpnia 1980 r. , rzucał kamienie z upoważnienia, choć raz chciałby coś zrobić bez pozwolenia. I zrobił, i mówił…).

Cytując siebie majdruję dygresję do dygresji

W Wałęsie i…, na podstawie żalów wypłakanych przez gen. Pożogę w mankiet mojej marynarki i innych przekazów mogłem napisać tak: – Lech Wałęsa dzieli ludzi na niedowiarków, którzy wszystko kwestionują, uważając, że jakakolwiek walka o demokrację to mit; są też sceptycy, których myślenie zmienia się w miarę napływu faktów o rezultatach walki; są ci, którzy ostrzegają – przyjrzeli się faktom i uważają, że są alarmujące; no i w reszcie są płochliwi panikarze, którzy sądzą, że za tydzień nastąpi katastrofa i zamiast ku demokracji zmierzamy wprost do piekła, a więc on, słusznie uważający się za więźnia swego intelektu i nieprawdopodobnego instynktu przywódczego, pogardza takimi indywiduami, pogardza głupszymi od siebie, a za takich uważa, niezupełnie niesłusznie – większość otaczających go bliźnich; od 1970 r., już jako figurant “Bolek”, pseudonim nadany mu przez oficerów (podobno – przyp. H.P.) bez jego wiedzy i zgody, który jego wrogowie biorą jako dowód agenturalnej działalności, miał ze strony  Służby Bezpieczeństwa solidną obstawę, zajmowali się nim m.in. kpt. Edward Graczyk, kpt. Henryk Rapaczyński i kpt. Zenon Ratkiewicz; co prawda  zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Gdańsku, ówczesny pułkownik Władysław Pożoga  twierdzi, że to nie był pierwszy skład jego drużyny, ani nawet nie był to pierwszy skład Wydziału III KW MO, a dwóch pierwszych funkcjonariuszy to były posiłki  importowe z Olsztyna, w dodatku ten pierwszy monstrualnie obłudny i dość zaawansowany alkoholicznie,  bo bezpieka Trójmiasta nie mogła sobie poradzić z zatrzymanymi i wytypowanymi do werbunku buntownikami, więc wspólnie z komendantem pułkownikiem Romanem Kolczyńskim poprosili ministra o wzmocnienie i dostali je, dostali takich beneluksów, słabych na rozumie fidrygałów – twierdził Pożoga no bo który szef wyśle na takie wygnanie najlepszych ludzi? wysłani nie należeli do  najlepszych, nie traktowali roboty operacyjnej najlepiej jak potrafili, a potrafili nie tak wiele, przecież w tym czasie Olsztyn był głęboką  prowincją w porównaniu z Gdańskiem, oficerowie szli do Olsztyna na zsyłkę, a nie po naukę, poza tym Trójmiasto miało zbyt wiele pokus, aby pracę operacyjną importowcy brali na poważnie, zamiast na akcje werbunkowe woleli wkręcać się do zwiadowców Wojsk Ochrony Pogranicza i iść razem z nimi odprawiać statki bandery kapitalistycznej, była to robota czysta i przyjemna, bo zamiast z brzydkimi robolami miało się do czynienia przeważnie z inteligentnym kapitanem, zamiast klitki pokoju służbowego, bez żadnych wygód i luksusów, bo jakim luksusem mogła być flaszka najtańszej wódki zachomikowanej pod stertą szpargałów, kupiona zresztą za własną  pensję, pozwalająca wpuścić sobie nieco światła w zaambarasowaną duszę?, o nie, z imperialistycznym kapitanem rozmawiało się w wytwornej mesie z barkiem tak zaopatrzonym, że mógłby skusić nawet przewodniczącego Ogólnopolskiego Komitetu Przeciwalkoholowego, więc po powrocie z takiej odprawy, zamiast nudy przesłuchania, które  w dodatku trzeba było protokółować i trudu przekonywania, aby  figurant – kretyn raczył podpisać to, co  mu inteligentny oficer operacyjny naplótł w protokole i w ewentualnej lojalce, o wiele ciekawiej było wyskoczyć na miasto, butelkę piwa albo i dwie wysączyć, poprawić jabolem albo zarekwirowanym na melinie “czarem pegeeru”, chwycić za dupę jakąś babę, która już po pierwszej flaszce wydawała się diabelsko piękną i tańczyć przy adapterze marki “Bambino”, a rano, w strasznej godzinie kaca, rzucając po męsku smutne spojrzenie na przełożonego, ale wiedząc, że rozliczani będą na zasadzie ilościowej, a nie jakościowej i że nikt nigdy w życiu nie będzie w stanie sprawdzić takiej masówki, już na trzeźwo i zdecydowanie uzupełniać dokumentację operacyjną metodą: krzesło, dupa, kartka, ołówek, sufit, wpisując nawet słuszne z punktu widzenia bezpieki informacje, ale niekoniecznie zgodne z prawdą, bo nie widząc nawet figuranta, o którym pisali, stąd posiłkowanie się własnymi doświadczeniami, stąd w tego typu dokumentach tak często  pojawiający się  problem alkoholu i alkoholizmu, który oficerowie sporządzający notatki dla wyższych przełożonych znali z autopsji i który to problem alkoholizmu z dezynwolturą  przypisywali figurantom i nie była to prawda..

***

Wiem, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent dokumentacji zgromadzonych w Biurze „C” MSW rzetelnie obrazowało to, co się w pracy operacyjnej działa. Ale i takie „kwity”, sporządzane opisaną tu metodą archiwizowano. Te dokumenty także są autentyczne i prawdziwe, aczkolwiek nie zawsze odzwierciedlają prawdziwe wydarzenia. Czy więc można na ich podstawie budować jakiekolwiek oskarżenia? Czy w wypadku Wałęsy przeważa dokumentacja rzetelna, czy też sporządzana metodą: „nie ważne czy prawda jest prawdziwa, czy częściowo nieprawdziwa? Ważne jest aby się nie napracować, a przełożeni byli zadowoleni. Przecież w ten sposób pracowali również Światło z Romkowskim w pierwszej dekadzie Peerelu.”

Osielsko dałem się nabrać prokuraturze

Po ukazaniu się Rozstrzelanego grudnia byłem przesłuchiwany w prokuraturze wojskowej. Było sympatyczne.  Po powrocie do domu zebrałem około czterystu kart otrzymanych od Pożogi, w tym jego własnoręczne notatki i wysłałem do prokuratury wojskowej. 20 marca 1992 r. otrzymałem następujące podziękowanie: Uprzejmie dziękuję Panu Pułkownikowi za przekazanie do akt śledztwa materiałów, które przyczyną się do pełniejszego wyjaśnienia przebiegu wydarzeń grudniowych 1970 r. na Wybrzeżu,

Jakież było moje zdziwienie, gdy sprawdziłem, że w czasie procesu mającego wyjaśnić sprawę rewolty grudniowej, żadnego „kwitu” przekazanego prokuraturze nie była w aktach sądowych.

***

Ludzie uważający Biblię za najważniejszą książkę mają Wałęsie za złe, że podpisał „kwity”. Czyżby nie pamiętali, że św. Paweł, jako faryzeusz był mocno zaangażowany w prześladowanie chrześcijan, świadkował kamienowaniu (nie jest pewne, czy sam nie rzucał kamieni na nieszczęśnika), bo dopiero w trzydziestym piątym roku życia …olśniła go nagle światłość z nieba… i dokonując konwersji położył cyklopowe zasługi dla chrześcijaństwa. Został za to ścięty, ale i uznany za świętego. Bez tej postaci trudno sobie wyobrazić współczesne chrześcijaństwo…

A św. Piotr, który trzykrotnie zaparł się Chrystusa…

A św. Augustyn, który w młodości kradł gruszki…, a…

A Wałęsa? Przecież on był o pięć lat młodszy niż Paweł, który zmądrzał dopiero po trzydziestym piątym roku życia. Wałęsa nabrał rozumu znacznie wcześniej. Zdradził bezpiekę i nigdy nie zaparł się walki o wolność, choć, uwięziony w Arłamowie przeżywał równie ciężkie chwile niczym św. Piotr, i chyba nigdy nie kradł gruszek jak św. Augustyn. Aczkolwiek to ostatnie nie jest takie pewne, to nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje zasług Wałęsy w walce o wolność.

***

Ale nic to. Wałęsa jest silny. Wie, że skazano go na wielość. Nie musi się niczym przejmować. Jego osiągnięć nikt na świecie nie może zgasić. Płonącej świecy nie da się przykryć workiem pełnym pomówień. A że Wałęsie jest smutno? Że kiedyś popełnił głupstwo? Trudno. Każdemu w jego sytuacji byłoby smutno. Może pocieszać się tym, że nikt we własnych kraju nie jest prorokiem.

PS

Jest to roboczy fragment książki „Portret z kanalią.

WAŁĘSA I….

Zacznij myśleć, a będziesz bardziej groźny niż jakikolwiek czyn.

Jiri Kolar

Tym razem fragment jeszcze nie ukończonej książki PORTRET Z KANALIĄ. Jest to wprawdzie książka o podpułkowniku Józefie Światle vel Izaku Fleischfarbie, ale nie jest wolna od licznych dygresji. Zachęcony tzw.  szafą generałowej dr Marii Teresy Kiszczakowej  przedstawiam jedną z nich.

Puszka z Pandorą Paganiniego manipulacji czyli „CzeKiszczaka”

Notowałem na laptopie wypowiedzi przyjaciół szukających argumentów na obronę spiskowej teorii dziejów. Wiem, że być intelektualistą w Polsce to pleść bezkarnie głupstwa przed kamerami w porze największej oglądalności.

Oto niektóre hasła: „Wszystko jest teorią spiskową”. „Wszystko jest częścią większej teorii spiskowej”. „Teoria spiskowa daje się usystematyzować w nieskończoność; i w górę (teoria spiskowa coraz większa); i w dół (teoria spiskowa coraz mniejsza)”. „Złożoność wszystkich teorii spiskowych jest nieskończona (złożoność prostoty teorii spiskowej powstaje wtedy, gdy uwagę skupiamy na jednej zmiennej lub co najwyżej na kilku)”.

W latach sześćdziesiątych poznałem kilku przełożonych Światły, wielkich oficerów MBP, ale się z nimi na jego temat nie naradzałem. Wiele z tych postaci jest do dziś przekonanych, że w pierwszej dekadzie Peerelu, aby żyć, musieli wszystko robić porządnie, a zwłaszcza zabijać. Morderstwa wymagały od nich niemałej dozy determinacji i zręczności.

Kto tego nie potrafił, tracił posadę w Firmie. Każdy oficer musiał zbrojnie wyrąbać swoje miejsce. Moi znajomi z bezpieki to beznadziejne przypadki. Głęboko i głupio wierzyli, że zabijanie w czasie zdobywania i utrwalania władzy ludowej było dziejową koniecznością. Mieli szczęście. Nigdy nie zapłacili za to, co zrobili. Widać, że jeżeli się ma szczęście, to i głupota nie zaszkodzi.

Tłumaczyli, że musieli być twardzi. Z tego przekonania trudno ich wyleczyć. To przekonanie siedzi w nich do dziś. Jest nieuleczalne. Modelowym przykładem takiego myślenia był inteligentny jak zapalarka do gazu „CzeKiszczak”. To nie był bynajmniej substytut miłości i empatii. To był swoisty Paganini sztuki manipulacji. To generał wierzący, że nie ma w sobie nic do zarzucenia. To ogromne stężenie pychy, cwaniactwa i arogancji. To facet nie pamiętający nic z tego, co robił w przeszłości w szczególności nie pamiętający co mówił o Wałęsie i w jaki sposób nakazywał walczyć z nim.

***

Pułkownik Podpora, który miał wszystko to, co jest niezbędne oficerowi operacyjnemu w UB i MSW. W dodatku miał stopień doktora, gruntowną wiedzę kontrwywiadowczą i właściwą orientację polityczną popartą alkoholicznie, po których nigdy nie miał kaca i który po wypiciu szklaneczki, a najlepiej dwóch, opowiadał, że w przededniu stanu wojennego, w czasie odprawy z kierownictwem resortu Kiszczak pouczał zebranych mniej więcej tymi słowami:

– Wałęsa?! To jest puszka z Pandorą. Otworzycie wieko i wyskoczy dziesięć mniejszych puszek. A w każdej będą mniejsze Pandorki – Geremek, Modzelewski, Kuroń, Michnik, Borusewicz itp. Otworzycie którąś z mniejszych Pandorek i zaraz wychyną Bujak, Frasyniuk, Rulewski, Pinior, Gwiazda, Jurczyk, Celiński etc. A każdy z nich wywlecze dziesięć, sto tysięcy ludzi. To groźna sytuacja. Musi być przełamana. Metody polityczne zawiodły, tak samo jak i operacyjne. Musimy zniszczyć puszkę z Pandorą. Bądźcie gotowi!

Nie wiem, czy Podpora nie ubarwił relacji. Nie lubił Kiszczaka. Miał swoje powody, aby mu dokuczać. Słowa ministra podobno podgrzały atmosferę. Oficerowie oliwili pistolety. Niektórzy pobierali z magazynów kałasznikowy i kajdanki.

Między ministrem i jego pierwszym zastępcą nie było miłości

A W. Pożoga? On, niczym dobry Atlas dźwigał na swoich barkach cały ciężar gier i kombinacji operacyjnych, niektórych wyjątkowo paskudnych. Wiedząc, że całość materiałów dotyczących gier wywiadów z lat osiemdziesiątych była do 1989 r. na kilku dyskach komputerowych, w czasie jednej z ostatnich rozmów z byłym szefem Służby Wywiadu i Kontrwywiadu (jesień 2014 r.) opowiedziałem mu o niegdysiejszej rozmowie z jego podwładnym i spytałem dlaczego na liście Podpory nie ma Lecha i Jarosława Kaczyńskich? Chciałem też wiedzieć gdzie są dyski, skoro nie ma ich w IPN? I dodałem, że bez zawartych na tych nośnikach dokumentów niemożliwe wydaje się wyjaśnienia wszystkich niuansów związanych z transformacją ustrojową.

Generał przyznał mi rację. Na moment zamilkł. Chwilę chodził po pomieszczeniu. Być może myślał co  odpowiedzieć. Było bezgłośnie. Słychać było tylko kroki na wykładzinie. Po minucie wymienił dwa nazwiska:

– Jaruzelski i Kiszczak. Ale raczej Kiszczak. Jednak głowy za to nie dam. Nie było mnie już wówczas na Rakowieckiej. Byłem ambasadorem w Bułgarii. Ci generałowie byli najwybitniejszymi prywatyzatorami archiwaliów końca Peerelu. Oni mogli mieć każdy dokument. Wziąć go bez kwitowania. Dobrze pan o tym wie. Przecież pan sam, panie Henryku, w swoich książkach publikował dokumenty z prywatnego zbioru Jaruzelskiego.

– Pan także mógł mieć wszystko. A także pana następca. A Pan? Też pan, generale, coś zachomikował?

– Nie wiem co robił mój następca. A ja? Ja też coś miałem w domu. Niewiele. Ale żona się bała. Kazała spalić. I ja spaliłem. Dokumenty, które pan otrzymywał ode mnie w latach osiemdziesiątych były odtajniane na mocy rozkazu ministra. Dałem to przecież panu na piśmie. Powinien pan również pamiętać, że pisząc książkę Pożoga. W. Jaruzelski tego nigdy nie powie chcieliśmy opowiedzieć ciekawą historyjkę wywiadowczą związaną z L. Wałęsą, ale brakowało dokumentacji. Molestowaliśmy nawet gen. Henryka Jasika, aby odtajnił niektóre sprawy. Generał nie mógł, albo nie chciał tego zrobić. A może tych dokumentów już nie było w MSW? No i obyło się bez tego wątku.

– A KGB. Mogli mieć coś z zasobów Biura „C” MSW? Mogli dysponować dyskami komputerowymi, o których wspomniałem?

– Do momentu, gdy rezydentem KGB w Warszawie był gen. W. Pawłow, Rosjanie mieli od nas wszystko to, co chcieli. Mam tu na myśli MSW i MON. Mówił mi o tym także gen. Buła, bo go pytałem jak te sprawy wyglądają w jego służbie. Co i ile czego brali tego nie wiem. Dużo brali. Pamięć jest zawodna. Ja nie byłem dysponentem Biura „C”. Pamiętaj jednak, że na początku lat osiemdziesiątych Pawłow zażądał wszystkich materiałów dotyczących Karola Wojtyły, głównie ze SB i mojej służby. Coś na temat Wałęsy i innych opozycjonistów też szło do Moskwy. Ale szczegółów nie potrafię podać. O takich sprawach decydował minister. Z chwilą objęcia funkcji genseka przez Gorbaczowa niewiele się zmieniło. Może tylko większą wagę przykładano do nośników elektronicznych. W tej dziedzinie byłem jednak słaby. Nie wszystko, nawet we własnej służbie kontrolowałem. Chyba minister był tu lepszy. Mogę jednak powiedzieć, że nadal Rosjanie dawali nam to co chcieli, a my Rosjanom to, co mieliśmy.

– A Kaczyńscy? – przypomniałem generałowi.

– Panie Henryku! Toż to w latach osiemdziesiątych byli B-klasowi opozycjoniści. Niech pan policzy w ilu materiałach resortowych i Biura Politycznego KC PZPR przewija się nazwisko Wałęsy. W ilu innych opozycjonistów. A w ilu widnieją nazwiska Kaczyńskich? Nie pamiętam aby w najważniejszych dokumentach widniało nazwisko któregoś z braci. Lech Kaczyński był wprawdzie internowany, ale piętnaście tysięcy innych działaczy także było. Natomiast o Jarosławie usłyszałem dopiero jak przygotowywaliśmy się do transformacji, gdzieś tak od połowy lat osiemdziesiątych. Jednak począwszy od „Okrągłego Stołu” oni błyskawicznie doszlusowali do ekstraklasy polityków. Ostro szli w górę. Jeden został prezydentem, a drugi premierem.

Pożoga był bez wątpienia oportunistą, ale podszyty pewnym dyskretnym nurtem opozycyjności wobec najbrutalniejszych rozkazów Kiszczaka. Generał podejrzewał, że minister musiał mieć coś z natury zwierzęcia. Podobnego zdania na temat „CzeKiszczaka” był również płk M. Wieczorek i płk A. Gotówko.

Kto ma chrapkę na życiorys Lecha Wałęsy?

Cz. Kiszczak, nawet po przekroczeniu dziewięćdziesięciu lat był chyba zadowolony z siebie. Jego receptą na szczęście było – dobre zdrowie i zła pamięć. W telewizji można było obserwować jak siedzi na daczy wyłożonej drewnianą boazerią, umajoną trofeami myśliwskimi i opowiada dziennikarzom o swoich sukcesach.

Od ćwierć wieku starał się wykreślić ze swego mózgu sprawy nieudane, złe, brutalne, nędzne moralnie, paskudne estetycznie. Ale, jestem o tym przekonany, one tkwiły w jego świadomości jak ogromna drzazga z lipowego drzewa w tyłku. Być może gdy zasypiał jawiły mu się przed oczyma bezkompromisowe, pryncypialnie komunistyczne, bezlitosne akcje przeciwko ludziom uznanym za wrogów socjalizmu. Kiszczak był na to zbyt rozumny, by tak nie było.

Generał udanie symulował chorobę. Wiele sądów udawało, że mu wierzy. Ale znalazły się także sądy, które nie uwierzyły i wymierzały najłagodniejszy z możliwych wymiar kary. I wówczas wkraczały najmimordy i lekarze. I wszystko zaczynało się od początku. Udawana zła pamięć pozwoliła „CzKiszczakowi” zapomnieć o wielu niegodnych czynach i wyłgać się od odpowiedzialności za nie. A zapomnienie, szczególnie w służbach specjalnych jest normą i często stosowaną formą kłamstwa.

Generał miał wielkie oparcie w żonie Marii Teresie. Stała przy nim jak Mur Chiński przy Państwie Środka. Pani dr Kiszczakowa chwali męża w mediach i książkach, bo – jak sama mówi – jest poetką i pisarką. Wprawdzie wierszoklectwo nie czyni z kobiety poetessy, a grafomaństwo pisarza, ale wobec ataków na Czesława Kiszczaka, to dobrego słowa o generale nigdy za wiele.

No i generałowa kombinując wykombinowała. Ćwierć wieku temu, aby zgeszefcić mundur małżonka wymyśliła „Aukcję prominent”. Mianowała się jej dyrektorem. W ogłoszeniu o aukcji kłamliwie i megalomańsko napisała, że gen. Kiszczak „…w latach 90-tych minister spraw wewnętrznych, wicepremier, premier, który przekazał to stanowisko Tadeuszowi Mazowieckiemu” (mundur nabył Hoover Institution z USA). Pani doktor nie poprzestała na tym. W lutym 2016 chciała spieniężyć w IPN za 90 tys. złotych skradzione przez „CzeKiszczaka” dokumenty Biura „C” MSW. Wybuchła afera wymierzona, nie, nie w Kiszczaka, a w Lecha Wałęsę i on sądzi, że ktoś bardzo chce mu ukraść życiorys. Ale nie chce zdradzić kogo ma na myśli.

Uf, ktoś bardzo nie lubi Lecha!

„LUNA”, czyli kobiety w służbach specjalnych.

(Zanim film „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego trafi na ekrany)

Najpierw ciało, potem wizja i znowu ciało. Takie jest życie mężczyzny

Erica Jong

W peerelowskich służbach specjalnych, co tu dużo mówić, wybitnie seksistowskich, służyło wiele kobiet. W większości byłych delatorek, np. z Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Były to głupie żurawice z wielkimi dziobami, którymi kłapały ciurkiem. Tym klangorem żywili się oficerowie obiektowi NKWD, KGB, GRU, Informacji WP, WSW i Bóg wie kto jeszcze. Ale i larwice się trafiały, i diablice, i sekutnice, i piekielnice, i zołzy, przy których żona Sokratesa, Ksantypa, była oazą spolegliwości. Szczególnie utkwiła mi e pamięci taka jedna. Przyszła wprost z PSZ w ZSRR. Była myszowatą jędzą ze szmacianymi kędziorami. Za arcydzielne kapowanie wszystkich i wszystkiego wysłano ją na 6-miesięczny kurs prawniczy Teodora Duracza i skierowano do prokuratury. Do lat siedemdziesiątych budziła postrach nie tylko podwładnych, ale także innych, wykształconych prawników.

Uff! Byle co mogło tę dziewoję rozsrożyć barbarzyńsko. Widziałem rozdrażnionego lwa i rozjuszoną kobietę. Mogę przysiąc, że lwy są bezpieczniejsze. Boże, one miały w sobie to coś, oj, wielki Boże, miały…

Jednak żadna z białek Firmy, oprócz Julii Brystygierowej, ksywa „Luna”, „Krwawa Luna”, „Daria”, „Ksenia”, „Maria”, która używała także nazwisk: Brystigier, Brystyger, Bristigier, Brustyger i Brastyger, nie osiągnęła w MBP i MSW wybitnej pozycji.

Zresztą podobnie było i jest w „Solidarności”… Tylko w polityce i resortach siłowych coś się w ostatnim pięcioleciu zmieniło. Duża w tym zasługa feministek, pragnących odegnać „męskie szowinistyczne świnie” od koryta, aby je samemu zająć…

Różny ogląd cudownowonnej pułkowniczki

„Luna” była przyjaciółką Wandy Wasilewskiej, wpływowej stalinistki, znanej bardziej z wściekłej ideologii niż z urody, która zrobiła z niej aktywistkę na lukratywnej posadzie personalnej w Związku Patriotów Polskich w ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Brystygierowa do NKWD przykleiła się sama, a po wyzwoleniu na wniosek W. Gomułki została skierowana do MBP. Była dyrektorem Departamentu V MBP, dyrektorem Departamentu III MBP oraz dyrektorem Departamentu III Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Po zwolnieniu ze służby postanowiła zostać pisarką. W publikacjach używała pseudonimu literackiego „Julia Prajs”. Nie bardzo jej to wychodziło. Jej książki były marne i przeszły bez echa. W literaturze nie zbliżyła się do pozycji, jaką osiągnęła w MBP oraz w życiu erotycznym.

Historycy spod znaku IPN uważają „Lunę” za funkcjonariuszkę bardzo krwawą, która nigdy nie życzyła swojemu wrogowi źle, lecz zawsze najgorzej. Zaś literaci, z Koźniewskim na czele, którym „Luna” uratowała kiedyś dupy lub pomogła w karierze, sądzili wręcz przeciwnie. Przekonywali, że była to łagodna, wysoce kulturalna i empatyczna niewiasta, kosząca mężczyzn jak zboże. Mówili: była kosą zawsze trafiającą na swoją osełkę.

Na żywo zobaczyłem „Lunę” po 1968 r…

U chwackiej bazarowej kwiaciarki ulicznej kupiłem bukiecik fiołków i poleciałem na schadzkę do kawiarni Hortexu przy Placu Konstytucji w Warszawie na spotkanie z byłą kochanką najważniejszych person w Peerelu, ale nie tylko. Gdy zobaczyła kwiatki, uniosła głowę, a w jej oczach zalśniła najwyższa satysfakcja. Nie, nie zauważyłem u niej ani krzty lubieżności, o której tyle słyszałem. Mimo przelotnego błysku w oku wiało od niej smętkiem.

Wedle powszechniej w Firmie opinii „Luna” baraszkowała z każdym, ale nie była zwykłą gamratką (rozpustnicą). Wybierała kochanków spośród przypadkowych znajomych. Rozglądała się za gaszkami (kochankami) wśród podwładnych, a nawet znajdowała ich w gronie zatrzymanych. Miała nieskomplikowany podział mężczyzn. Kwalifikowała ich na tych, którzy przypadli jej do gustu i na tych, którzy nie rokowali nadziei, że sprawdzą się w łóżku. Kobiety takie jak „Luna” traktowały kochanków jak udoskonalonych mężów.

Spotkanie miało miejsce wkrótce po tym jak ją dopadli resortowi antysemici, nazywając ją okropnym babusem i z pułkowniczki raptownie wyparowała wojowniczość. Przyjmując fiołki, „Luna” uśmiechnęła się melancholijnie, ukazując pięknie wykonaną sztuczną szczękę, znamionującą niezgorszego dentystę. Zęby były chyba ostrzejsze niż u rekina ludojada, dobre do kąsania. Ale teraz funkcjonariuszka już nie była groźna. Kąsano raczej ją. Musiało jej być smutno. Było widać, że łaknęła dobrego słowa. Mówiła, że jest zmęczona życiem…

Mało się nie załzawiłem, jednak jej opowieść odebrałem jako ostrzeżenie. Od Kornela Makuszyńskiego wiedziałem, że jeżeli kobieta mówi, że jest zmęczona życiem, znaczy to, że kogoś zamęczyła na śmierć. Można to było interpretować w rozmaity sposób. Po ipeenowsku, albo przykładając miarę seksualną, bo i takie plotki o funkcjonariuszce chodziły. Podobno kilku jej kochanków rozstało się życiem na jej dupie…

***

„Luna”, z nieco tylko rozmazaną barwiczką (szminką), była młoda. Młodsza od Kolumny Zygmunta, ale za to z długim stażem komunistyczno-łóżkowym. Byłem bałamutem, ale nie aż takim, by z nią flitować, atoli basowałem umiarkowanie.

Po marcu ‘68 nieco zsentymentniała. Na wspomnienie Jana Rodowicza, ksywa „Anoda”, który – jak zapewniała – na jej oczach „wypadł z okna” na IV piętrze budynku MBP w Warszawie, udało się jej wycisnąć trochę wilgoci z oczu…

Słuchałem pułkowniczki, a z mojego mózgu wypadły frazy Witkacego: cycata Cyrce i parabera rejentalna. To także kobieta, ale jaka?

***

Płk „Luna”, ponadprzeciętnie inteligentna, z doktoratem i niezwykłym tupetem, cudownowonna, pachnąca niczym łąka niegdysiejszej kandydatki na fotel prezydenta III RP dr Magdaleny Ogórek, owijała sobie mężczyzn wokół małego paluszka. Politycy, m.in. B. Bierut, J. Berman, E. Szyr, B. Pasecki, generałowie NKWD i MBP, ale także wybitni literaci z P. Jasienicą na czele, tańczyli tak, jak im zagrała. Była w stanie zaciągnąć do swego łóżka każdą osobę. Przy jej aparycji wymagało to niezłych kwalifikacji z dziedziny ars amandi…

Chciałem o tym napisać. Miałem już gotową dedykację: Kochanej „Lunie”, która podobnie jak Mata Hari też się kurwiła w interesie tajnych służb. Niestety, ubiegł mnie mistrz inwektywy rasowo-seksistowskiej płk Henryk Walczyński, pisząc książkę Plamy i plamki.

Inne kobiety tajnych służb nie były aż takimi damami. Daleko im było do aparycji „Luny”. Większość przypominała dorsze zawinięte w Trybunę Ludu. Jednak funkcjonariuszki były zdolne. Zdolne do wszystkiego. Nic więc dziwnego, że kilka doczekało się stopni pułkownikowskich, ale żadna ważnego stanowiska. Wynikało to być może z seksistowskiego podejścia kierownictwa MBP/MSW oraz MON. Firma radziła sobie, organizując tak zwane pogotowie seksualne. Do tej enklawy angażowano damy, które cnotę miały za nic, ale aparycję pierwszorzędną. Przy nich nawet „Luna” wyglądała niczym niektóre posłanki przy posągu Wenus z Milo.

Dziś sytuacja jest inna. Kobiety wybiły się na niepodległość. Mają spryt, siłę, bigiel, zaradność i… parytety. Niewiasty objęły stanowiska premiera, marszałka Sejmu, ministra spraw wewnętrznych… Czy to oznacza koniec instrumentalnego traktowania kobiet?

***

W Firmie od początku organizowano „pogotowie seksualne”. Nie jest to licencja peerelowska. Na świecie uprzedmiotowienie niewiast w służbach specjalnych było znacznie większe niż w innych dziedzinach życia.

Kręcąc się przy resortach siłowych, chyba także przesiąkłem seksizmem.

Przypatrując się niektórym operacjom z udziałem „pogotowia”, nietrudno zauważyć, że damy na tle oficerów Firmy prezentowały się jako osoby z wielką ogładą, obdarzone uczciwością i talentem, że nie wspomnę o umiejętności robienia właściwego użytku z szarych komórek i nienagannej aparycji.

Podstawą „pogotowia” były „stajnie” złożone z damskich dziwek klasy lux. Najwspanialsze okazy i najliczniejsze „stajnie” były przy centrali MSW. Dominowały tu specjalistki od bara-bara, „polonistki”, rusałki i biurwy. W województwach było skromniej.

„Pogotowie seksualne” złożone z dziwek męskich funkcjonowało jedynie w Warszawie.

W porównaniu z damskim męskie „pogotowie” było nieliczne, rzadko wykorzystywane i chyba niedoceniane. Oficerowie obiektowi „pogotowia” czuli się wśród dam jak pedofile w przedszkolu. Niektórzy funkcjonariusze bardzo im zazdrościli.

***

Inaczej było z wykorzystywaniem osób o skłonnościach homoseksualnych. Na przykład w czasach Światły homoseksualizm nie był jeszcze modny. Wręcz przeciwnie, pedalstwo było trefne jak wieprzowina wśród Żydów. Głośne mówienie o homoseksualistach było passe. Nie znaczyło to, że tego głęboko ludzkiego procederu nie praktykowano. Praktykowano. I to jeszcze jak! Aczkolwiek kochający inaczej i tak byli sfrustrowani, i zazdrościli Zachodowi. We Francji na przykład Karol Szymanowski ubolewał: Już mi się chłopaczki znudziły, a trzeciej płci jak nie ma, tak nie ma.

W Firmie dziwki męskie były zawodowcami, często byli to oficerowie biseksualni, obsługiwali obie płcie. Ale nigdy nie było ich dużo. Na poważnie angażowanych było zaledwie kilku funkcjonariuszy. Raz przyszło im obsługiwać zachodnich dyplomatów preferujących miłość homoseksualną, a drugim razem bzykali żony wytypowanych do werbowania pracowników ambasad.

Czasami rolę uwodzicieli przejmowali oficerowie operacyjni. Niektórzy z nich byli obojnakami. Poświęcali się dla sprawy w imię socjalistycznego patriotyzmu. Jeden z nich powiedział mi, że chętnie „przeleciałby” nawet samego Kiszczaka. Ubolewał, że mu się to nie udało.

Fragment rozdziału 10 „Seks w <Wielkim lesie>, ale na polityczne zamówienie, z udziałem <pogotowia seksualnego> Firmy pod egidą ministra Kiszczaka” z książki „Lot nad szpiegowskim gniazdem”. Wyd. Nowy Świat

POLSKA BOMBA ATOMOWA

Człowiek pozbawiony złych nawyków może mieć gorsze

Mark Twain

Sporo rabanu medialnego narobiło doniesienie wiceministra MON Tomasza Szatkowskiego, że w ministerstwie obrony rozważane są konkretnie kroki  zmierzające do dostępie III RP do broni nuklearnej.

Różny domorośli eksperci wypowiadali się ta ten temat ocieniają bąknięcie  wiceministra jak najgorzej.  Jedynie Jacek Sasin, prominentny aparatczyk PIS, zawsze gotowy do poparcia czegoś głupiego, tym razem wykazał dość zdrowego rozsądku aby stwierdzić, że sprawa nie jest przecież nowa.

Już na początku lat 90. Polska planowała zakupić od Ukrainy jedną lub parę głowic nuklearnych. Gorącym zwolennikiem tego pomysłu był ówczesny  minister obrony narodowej Jan Parys, który przekonał prezydenta Wałęsę aby wyłożył milion dolarów na ten cel.

Sprawę majdrowały służby specjalne ostro zaprzyjaźnione ze służbami ukraińskimi. Wszystko było na dobrej drodze, bo bałagan na Ukrainie był sto razy większy niż w Polsce. Szybko doszło do obgadania najważniejszych spraw. Transakcja była jak najbardziej możliwa, ale spaliła na panewce.

O co poszło? Nie wiadomo. A Jak nie wiadomo, to chodzi oczywiście o pieniądze.

Ukraińcy zgodzili się na milion dolarów za głowice, ale zarządzali dodatkowo 300 tys. USD na łapówki  dla polityków,  generałów i celników zamieszanych w geszeft.

Wałęsa odmówił. Sprawa się ryła. Nie mieliśmy broni atomowej, ale mieliśmy wolną drogę do wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Nie muszę dodawać, że gdyby transakcja się udała byłoby to niemożliwe.

Kto stał za sprawą tej kombinacji operacyjnej? Nie bardzo wiadomo. Wolno przypuszczać, że byli to peerelowscy generałowie którzy otoczyli L. Wałęsę ciaśniej niż sekretarki.  Generałom nie należy się dziwić. Musieli mieć zakarbowane w pamięci, że był w Peerelu czas  gdy Ludowe Wojsko Polskie mogło użyć 90 ładunków jądrowych realizując plan natarcia na Zachód w ramach naszego Nadmorskiego Kierunku Operacyjnego.

Mieliśmy przecież dwie Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych (BROT w Bolesławcu i Orzyszu). Rakiety były zdolne do przenoszenia ładunków jądrowych. Nie mieliśmy natomiast samych głowi. Ale, głowice były w pobliżu. W Świętoszowie koło Bolesława stacjonował sowiecki pułk czołgów strzegący magazynów z głowicami nuklearnymi.  BROT w Orzyszu miał być zaopatrywany w głowice zmagazynowane w Kaliningradzie.

O operacji zaczepnej frontu nadmorskiego LWP pisałem w kontekście sprawy płk. R. Kuklińskiego w książce wydanej w tym roku  (As CIA i…. W kręgu donosów, mitów i faktów o Ryszardzie pułkowniku Kuklińskim).  Tu maleńki fragment tej książki z niewielkimi zmianami:

… Ciekawe jest, dlaczego R. Kukliński po uchyleniu wyroku śmierci i pełnej rehabilitacji (była w tym duża zasługa Leszka Millera i prokuratury naciągającej prawo polskie niczym gumę w prezerwatywie), w czasie odwiedzin Polski nie chciał się spotkać nie tylko z dawnymi kolegami ze Sztabu Generalnego WP, ale także z oficerami z żeglarskiego klubu „Atol”, którego był członkiem i z którymi jachtem „Legia” odbywał wiele rejsów po Bałtyku i Morzu Północnym. Byli to oficerowie: Mieczysław Dachowski, Stanisław Radaj, Edward Rogala, Wiesław Witkow, Włodzimierz Bauer. To była wytworna paczka pułkowników Sztabu Generalnego WP i wilków morskich.

To byli oficerowie purytańscy. Purytanin na purytaninie siedział. Bratali się jeno jako żeglarze. Dodatkowo misje wywiadowcze ułatwiały zbratanie.  Słuchali jedynie szefa Sztabu Generalnego WP,  ale przykład z karności brali od najwyższego wodza.  Najwyższy  słuchał jedynie Moskwy. Oni również  jego.  Gdy Breżniew rozkazał Jaruzelskiemu: „Skacz”, to generał  pytał: „Na kogo?” I W. Jaruzelski skakał bez wahania.  W 1970 r. skoczył tylko na społeczeństwo Wybrzeża, a w jedenaście lat później na cały naród.

***

W tych rejsach, w których Kukliński był najczęściej kapitanem i miał największą wiedzę operacyjną, rozpoznawano nasz kierunek strategiczny. Być może po 1990 r. pułkownik był już zbyt dumny i nie chciał zadawać się z dawnymi kolegami, którzy go znali nie tylko z działalności wywiadowczej ale i z wcześniejszych poczynań.

Szpieg był skłonny do zwierzeń tyko przed tymi, którzy go podziwiali. Tak się składało, że wśród jego popleczników nie było niegdysiejszych kolegów. Nie chciał z nimi rozmawiać, żeby jego poczucie dumy nie znalazło się w niebezpieczeństwie.

Wojna jądrowa to ryzyko przejścia ze stanu człowieczeństwa w stan aniołów: nic do stracenia, wszystko do zyskania…

Trasy rejsów wiodły przez Kanał Kiloński i Łabę do Hamburga, na Morze Północne, do Cuxhawen i Wilhelmshawen, portów holenderskich: Den Helder, Amsterdamu. Hagi i Rotterdamu. Był to przydzielony Polsce w ramach UW kierunek pomocniczy nazwany Planem operacji zaczepnej Frontu Nadmorskiego, zabezpieczający północne skrzydło głównych sił uderzeniowych Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW na północnym i centralnym kierunku strategicznym.

Ta myśl S. Dalego przytoczone w tytule tego podrozdziału przyświecała oficerom Sztabu Generalnego WP, którzy opracowywali plany udziału LWP na wypadek wojny i którzy, w znakomitej większości, nawet bez upodlenia się boską obrazą znajdowali się w stanie chronicznego przyćmienia umysłu.

Wedle zatwierdzonego 28 stycznia 1965 r. (z niewielką modyfikacją przyjętą na początku 1970 r.) planu operacji zaczepnej Frontu Nadmorskiego kampania miała trwać sześć dni. Jej docelowa głębokość dochodziła do 510 km. Szerokość pasa natarcia wynosiła od 100 do 150-160 km. Średnie tempo natarcia określono na 85 km na dobę.

Głównym celem operacji było rozbicie, we współdziałaniu z 2. Armią Pancerną Frontu Północnego Armii Radzieckiej, nadmorskiego skrzydła wojsk NATO i zniszczenie 1. Korpusu Armijnego Bundeswehry, części sił zbrojnych Holandii, zgrupowania wojsk niemiecko-duńskich w rejonie Szlezwiku-Holsztynu i na terytorium Danii.

W wyniku tych działań przewidywano wyłączenie z wojny Danii i Holandii oraz stworzenie warunków do wyjścia sił Zjednoczonej Floty Bałtyckiej UW na Morze Północne.

W czasie operacji planowano użyć 91 ładunków jądrowych.

Zgodę na użycie ładunków jądrowych mógł wydać tylko dowódca frontu (w latach 80. był to gen. E. Molczyk), oczywiście w porozumieniu z dowództwem Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW. W 1986 r. plan zmodyfikowano dodając (oprócz operacje zaczepnej) drugi wariant, obronny, na rubieży rzek Nysy Łużyckiej i Odry.

Wszystko to ćwiczono aplikacyjnie. Rysowano poszczególne hipotetyczne założenia na mapach… Każdy dowódca (w zależności od szczebla) miał obowiązek znać zadanie bliższe i dalsze, swoje i sąsiadów. W niektórych konwentyklach brali udział oficerowie WOP.

***

Tyle fragmentów książki. Jestem ciekaw jak potoczy się spraw bąknięcia wiceministra MON, z wykształcenia prawnika, a więc człowieka, który powinien wiedzieć, co i dlaczego mówi. W 1990 r zmieniliśmy sojusze i już nikt chyba nie planuje natarcia na Zachód, na nadmorskim kierunku operacyjnym. Czy planujemy uderzyć na Wschód. Np. na  Kaliningrad? Nie wiadomo.

Na marginesie służb specjalnych

BAR… WZIĘTY

Pamiętacie: Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia… No to podstawcie zamiast roku 1647 rok 2015 i zakrzyknijcie „Bar … wzięty”…

Wprawdzie nie wiem czy Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalny w rządzie, zafascynowanej Jamesem Bondem Beaty Szydło, po krótkiej, potoczystej, płynnej, bezproblemowej, gładkiej jak pupa niemowlaka zamianie platformersko-peeselowskich, nieudacznych, mało patriotycznych służb specjalnych na bardziej udolne, hiperpatriotyczne służby specjalne, składając meldunek Prezesowi o zrobieniu porządku posłużył się szyfrem z Ogniem i mieczem. Ale mógł to zrobić, bo Prezes, zauroczony literaturą patriotyczną, tak czy inaczej zrozumiałby o co chodzi i może poklepał by p. Mariusza po plecach, o może i niżej…

***

Dość powiedzieć, że obecna ekipa rządowa nie popełniła błędów A. Macierewicza, który likwidując WSI dał zbyt dużo czasu oficerom, by przygotowali atak kosztujący skarb państwa wiele kasy… Dużo by o tym pisać… Ale po co? Skoro teraz sprawa jest czysta jak łza Prezesa, którą ten uronił przed bez mała dziewięciu latach bolejąc nad spartoloną wówczas szansą, którą PIS-owi przyznali wyborcy. Wszystko wskazuje na to, że sprawa już się nie powtórzy… PIS atakuje skutecznie. A ja już szykuję panegiryk…

***

Pozwólcie jednak, ze zanim zacznę hałasować komplementami pod adresem Prezesa i jego komilitonów przytoczę kawałek z przygotowywanej książki Portret z kanalią. Warto bowiem  pamiętać, że historycy fałszują przeszłość, ideolodzy przyszłość, a służby specjalne wszystko. W Kraju Pieroga i Zalewajki tak było, tak jest i chyba jeszcze jakiś czas tak będzie.

Kto powinien pilnować tajnych służb? Media? Media są wprawdzie wolne, ale wredne. Wolne od logiki i zależą jedynie od kapitału. A politycy? Jaki jest koń każdy widzi…

Tajnych służb, rozbudowanych do gigantycznych rozmiarów, nikt nie jest w stanie opanować. Służby specjalne są w stanie wmówić każdemu, że mają gigantyczne sukcesy, tylko nie mogą się tym pochwalić, bo wszystko jest tajne, zaś kiedy podwinie się im noga to wrzask się okrutny podnosi, bo niepowodzenia są jawne.

To stara jak świat śpiewka służb. Nie ma w tym za grosz logiki. Bo skoro sukcesy są tajne to i niepowodzenia takowe powinny być. Wniosek jest prosty: sukcesów brak a niepowodzeń jest od metra.

Uf! Uczucia i myśli bełtają się w moim mózgu jak ciekły azot wieziony beczkowozem do klinik zajmujących się in vitro, czyli zapłodnieniem pozaustrojowym, aby mogły mrozić zarodki, zwane przez niektórych życiem nienarodzonym. Posprzeczałem się kiedyś z politykiem optującym za taką terminologią. Zapytałem go, czy kura mająca kontakt seksualny z kogutem i wydalająca jajo zniosła kurczaka czy jajo? Interlokutor nie odpowiedział. Robiłem mu jajko na czole i pokazałem, że to nie kurczak tylko żółtko i białko…

Uf! Im bardziej poznaję politykę, polityków i tajne służby, tym głębszą czuję do nich odrazę…

Zabawną pomyłką jest twierdzenie, że w demokracji można głosić, co się chce i że służby specjalne podlegają ścisłej kontroli. Im wnikliwiej obserwuję polityków, którzy powinni nadzorować służby specjalne, aby nie poszły w szkodę, tym bardziej przekonuję się, że Arystoteles popełnił błąd  twierdząc, że w każdym człowieku tkwi porcja głupoty, która z wiekiem się zmniejsza. Nasi politycy dowodzą czegoś wręcz przeciwnego…

Jednak dla demokracji nie ma rozsądnej alternatywy. Tak jak nie ma jej dla wschodu i zachodu słońca.

Jeżeli znudziła Was ta opowieść bo macie polityków i tajne służy w głębokim poważaniu i szkoda Wam czasu na zainteresowanie się nimi, to możecie być pewni, że politycy i służby specjalne zainteresują się Wami.

Już to robią, tylko Wy o tym nie wiecie.

W taki sposób dobrnąłem do końca tej historii. Stawiam kropkę. Odwracam kartkę na czystą stronę. I nie wiem jak zacząć następną opowieść. Wychodzę na ulicę. Szaleje wiatr niczym rabuś w pałacu byłego prezydenta…

KUKLIŃSKI RAZ JESZCZE

Módlmy się za tych, którzy czynili zło,/ A nie wiedzieli, co czynią,/ Niech ich oświeci nadzieja

Agnieszka Osiecka

Był 7 października 1981 r., gdy „Mewa” odleciała za ocean.  „Mewa „to kryptonim wywiadowczy płk. R. Kuklińskiego.  Pisałem o  życiu pułkownika kilka razy, ale teraz, w przedsień 34 rocznicy odczuwam potrzebę zasygnalizowania jeszcze raz pewnych uwag i wyjaśnień.  Stąd książka: „As CIA i… W kręgu donosów, mitów i faktów o Ryszardzie pułkowniku Kuklińskim”. Tu  fragment „Pedsłowia”.

***

Pułkownik Ryszard Kukliński był szpiegiem wielkoformatowym. Interkontynentalnym. I nie dał się złapać. Bardzo go szanuję, ale jednocześnie nurtuje mnie pytanie: czy pułkownik został szpiegiem dlatego, że nie stać go było, aby zostać kimś lepszym?

Posłuchajcie więc opowieści starego zgreda o niebanalnym oficerze, któremu do doskonałości brakowało tylko to, że nie miał wad albo miał ich za dużo i którego Sejm III RP uchwałą  z 21 lutego 2014 r uznał za bohatera, zaś generałowie oraz większość jego komilitonów, z którymi w latach 1947 – 1981 służył w LWP nazywają dezerterem i zdrajcą.

Był czy nie był? Jeżeli był agentem wielolicowym, to z kim grał na poważnie?

To, że był agentem CIA jest jasne. Sam to przyznał, a potwierdziła Agencja.  O tym, że był współpracownikiem wywiadu peerelowskiego mówią dokumenty. Czy był współpracownikiem  wywiadu sowieckiego?  Dokumenty ani inne ujawnione źródła nie mówią na ten temat nic.

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę ścisłe powiązanie Zarządu II Sztabu Generalnego WP (wywiad wojskowy PRL) z wywiadem sowieckim, głównie GRU, wnioski nasuną się same.

Czy płk Kukliński był szpiegiem NATO? Jeżeli był agentem CIA musiał być także szpiegiem NATO. Czy był szpiegiem Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw-Stron Układu Warszawskiego (ZSZPSUW)? Jeżeli był współpracownikiem wywiadu Peerel musiał być również szpiegiem ZSZPSUW. Był przecież zintegrowany system wywiadu UW. A nie ma nic mocniejszego ani bardziej paskudnego od zintegrowanego systemu wywiadu. Potwierdzenie znajdujemy w byłym Układzie Warszawskim jak i w NATO…

Tak, płk Kukliński był asem nietuzinkowym.  Będąc szpiegiem genialnym, ale… otwarte pozostaje pytanie: kiedy Kukliński wyskoczył z szyn  majdrowanych przez ZSZPSUW i dlaczego przestawił zwrotnice wiodące go do szpiegowania na rzecz NATO?   Wierny maksymie Kierkegarda, że Życie zrozumieć można tylko patrząc wstecz, lecz przeżyć je trzeba, patrząc w przód, szukam.

***

Jeżeli Salman Rushdi, bądź co bądź noblista twierdzi, że biografia, jeżeli nie chce stać się hagiografią, musi stawić czoło także niewygodnym faktom z życia bohatera  to ta sama dewiza musi obowiązywać przy przyczynkach. Czując obrzydzenie do hagiografii w Asie CIA chciałbym opowiedzieć o  stałej, przynależnej każdemu człowiekowi skłonności do prostytuowania się (rozumianej metaforycznie). Cecha ta dotyka wszystkie narody. Nie tylko Polaków. To temat aktualny w każdej epoce i każdym kraju, niezależnie od ustroju, położenia geograficznego, rozwoju cywilizacyjnego itp.

W dziejach ludzkich już  od starożytności jest  dużo kłamstw.  W historii prawdziwe są tylko marzenia, a ludzie znają tylko jedną drogę prostą do celu: krętą. Nie bardzo odpowiada mi zero-jedynkowa ocena, bo feniks ludzkości – w bóstwo się przepali.

Niestety, dużo ludzi mówi: Nie chcę prawdy. Chcę spokoju. Może warto zedrzeć łuski z oczu, przynajmniej w jednej sprawie. Sprawie dotyczącej kreacji bohaterów lub… zdrajców…, bo przy Kuklińskim inni szpiedzy wyglądają jak stajenni przy Aleksandrze Macedońskim.

Gwałt niech się gwałtem odciska

Codziennie jesteśmy gwałceni kłamstwem przez polityków, szkołę, media, sztukę, a nawet przez naukowców.  Dlatego biorę na warsztat postać nietuzinkową, uznaną przez jednych za niezłomnego, patriotycznego bohatera, a przez innych za dezertera i zdrajcę, skazanego na wieczne potępienie. W epoce W. Jaruzelskiego skazanego na karę śmierci, a w III RP mianowanego bohaterem.

W tym celu trzeba postawić kilku pytań: Czy w materii wywiadowczej, wobec niepełnego dostępu do archiwaliów możliwe jest autorytatywne rozstrzygnięcie wątpliwości dotyczących biografii wybitnych szpiegów? A jeżeli tak, to na postawie czego?  Czym zagwarantowana  by miała być prawomocność takiego sądu? Czy szpieg działał dobrowolnie i samodzielnie, czy był ubezwłasnowolniony przez wywiad(y)?  Jeżeli szpieg był dwu- albo więcej -licowy, to który wywiad odnosił największe korzyści? Kto i kiedy go zwerbował? Komu szpieg pomógł? Komu zaszkodził? Czy działał na zimno? Czy też było w nim ździebełko empatii do socjalistycznej Polski i kolegów, z którymi przez ponad trzydzieści lat, ramię w ramię służył w Ludowym Wojski Polskim? Jaki był początek i jaki koniec jego działalności? Co naprawdę o nim wiemy? Jaką cenę zapłacił za działalność wywiadowczą?

I na koniec: czy warto Kuklińskiemu współczuć? …

Sezonowa znajomość i peregrynacje za materiałami dotyczącymi szpiega

Moja znajomość z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim trwała zaledwie czterdzieści osiem godzin i nie dotyczyła kwestii wywiadowczych, a przygotowań wojsk Układu Warszawskiego do  „wyprawy” na Czechosłowację (rozpoczętej w nocy z 20 na 21 sierpnia  1968 r.).

W tym czasie Praska Wiosna usiłowała znaleźć tak zwaną trzecią drogę do socjalizmu. Wiosna Czechosłowacka miała swoje pięć minut. Trwała nieco dłużej niż moje dwie doby spędzone z Kuklińskim, ale i tak nie za długo. Wiosnę przerwała interwencja wydzielonych sił zbrojnych ZSRR, Polski, Węgier, Bułgarii i NRD, czyli awangardy Układu Warszawskiego. Celem interwencji była czystka wśród społeczeństwa CSRS. Metodą – denuncjacja, a zamiarem – dopomożenie do cnotliwego samooczyszczenia Czechosłowaków.

***

W listopadzie 1981 r.  Kukliński wybrał opcję, o której tak pisał Adam Mickiewicz:  Uciec z nią na listek / jak motyl szukać tam domku i gniazdeczka. Szpieg poprosił CIA o przerzut, tak jak było umówione, do Stanów Zjednoczonych. Od tego czasu gromadziłem ułomki dokumentów, książki i relacje na jego temat. Mogłem się z tego „zgromadzenia” wszystkiego dowiedzieć, a ostatecznie nie rozumieć o co chodzi. Mimo to robię to nadal.

Niestety, nie mogłem zweryfikować  zgromadzonych szpargałów. Pułkownik, mimo ponawianych kilkukrotnie propozycji, odmawiał spotkania. Tak jak odmawiał widzenia z dawnymi kolegami, z którymi służył w Ludowym Wojsku Polskim w latach 1947 – 1981. Wówczas wychwalał  Peerel…  jakby zamierzał go sprzedać .

R. Kukliński, znając metody zaklinania słów, aby znaczyły, drwiły, demaskowały, po 1990 r., już w III RP znalazł sobie świeżych komilitonów, którzy go wcześniej nie znali. On ich także nie znał. Spiknęli się, co nie dziwi. Błyskawicznie wygenerowali zdania będące jak piasek na plaży przesypywany z pustego w próżne, co u tak cnotliwego oficera dziwi. Akolici szpiega hołdują zasadzie – im dalej od prawdy, tym bliżej do bohatera.

***

Tak, wiem już sporo o życiu i działalności tego niestereotypowego agenta. Ale wiedzieć to bardzo daleko od rozumieć.  Czy mnie z nim coś łączyło? Tak. Wydaje mi się, że obaj widzieliśmy, jak w erach Bolesława Bieruta,  Wiesława Gomułki, Edwarda Ochaba, Edwarda Gierka, Stanisława Kani  czy Wojciecha Jaruzelskiego karlało życie w Peerelu. W głowach tych przywódców czaiła się słoma importowana z Sowietów, a nie patriotyzm. I obaj wiedzieliśmy, że nasi przywódcy ruszają się tak mile w kierunku komunizmu, bo są poszturchiwani z tyłu przez Stalina, Chruszczowa, Breżniewa, Gorbaczowa…  Byli to bowiem osobnicy sprawiający, że społeczeństwa boleśnie odczuwają brak ludożerców.

Trudno tego było nie widzieć. Przez długie lata godziliśmy się z tym, że państwem kierują zwykli partacze i że nawet jak na zwyczajnych nieudaczników są to wyjątkowo pospolici, tępi osobnicy, którzy, szukając wykrętów, zaczynając wynajdywać „przyczyny historyczne” i wymyślać coś takiego, jak „taktyczna zręczność zapobieżenia interwencji sowieckiej w Polsce”.

Obaj dochodziliśmy do tych wniosków asynchronicznie starając się  w różny sposób reagować na sytuację.  Czy, uznając jego mistrzostwo wywiadowcze, współczułem mu?

Nie. Byłaby to przesadna uprzejmość, bo historia, którą w książce opowiem, jest prawdziwa w najdrobniejszych szczegółach, chyba że straszna pomyłka zniekształci ją już na wstępie. Bo grafomanom jak ja, dzięki temu, że są tacy mądrzy, od czasu do czasu udaje  się ukryć, że są tacy głupi.

Nie stawiać absurdalnych granic

Pułkownik Kukliński strzelił w kalendarz  11 listopada 2004 r. i pewnie teraz śpiewa w diabelskim chórze razem z innymi szpiegami w rodzaju Józefa Światły, Michała Goleniewkiego, Pawła  Monata, Jerzego Pawłowskiego, Bogdana Walewskiego, Jacka Jurzaka i innych… Biorąc pod uwagę niskogatunkowy stan mojego mózgu, serca i całej reszty mam nadzieję rychło dołączyć do tego ekskluzywnego towarzystwa szpiegowskiego.  Wyobrażenie o tym wydarzeniu (jak to dla mnie mogłoby wyglądać) opisałem w Portrecie z Kanalią.

***

Uwagi przedstawione poniżej są zbyt szkicowe i zbyt problematyczne, aby można było uznać, iż rozstrzygają one któreś  z postawionych wyżej pytań.  Spór o Kuklińskiego jest i będzie chyba długo otwarty. Pewnie dobrze, że będzie trwał. Ludzie będą toczyć boje podobne do  waśni o katastrofę smoleńską i wiele innych niewyjaśnionych historii, a dotyczących między innymi sprawy wypadku lub zamachu na gen. Władysława Sikorskiego czy kontrowersji wokół stanowiska  gen. Wojciecha Jaruzelskiego w sprawie strzelania do ludności Wybrzeża w czasie wydarzeń grudniowych w 1970 r. oraz ogłoszenia stanu wojennego w 1981 r.

Gen. Jaruzelski był zdania, że szumieć nad morzem może tylko morze. Czy decyzja o strzelaniu i stanie „W” była podjęta legalnie? Oczywiście. Przecież wówczas generał sam współtworzył lub ustanawiał prawo. Tylko głupiec lub szaleniec ryzykuje nielegalną zbrodnię. Lepiej przecież popełnić zbrodnie legalną, to znaczy zostać po prostu łajdakiem.

***

Jestem obserwatorem i co najwyżej kronikarzem ścinków historii, a nie teoretykiem. Przedstawiając zaobserwowane ułomki faktów, zapodań, legend i mitów nie podejmuję się rozstrzygania sporu o to, czy Kukliński był bohaterem, czy dezerterem i zdrajcą…  Biorąc pod uwagę ludzką  hetero-, bi-  i homoseksualność, bardziej interesuje mnie kwestia, dlaczego oficerowie w wojnie siedmioletniej byli na samych klaczach…?

Mając własne poglądy na działalność pułkownika,  postaram się w epilogu przedstawić subiektywne odpowiedzi na niektóre z postawionych pytań. Uważam, że chwałę wielkich szpiegów należy ważyć nie tylko korzyściami lub stratami przyniesionymi przez ich działalność, ale także mierzyć środkami, którymi się posłużyli, aby chwałę zdobyć. Te przymioty w wypadku Ryszarda  Kuklińskiego były bez zarzutu.

 

PS

Książkę „As CIA i…” wydała Agencja Wydawnicza CB e-mail: cbwydawnictwo@home.pl

Fragment Lotu nad szpiegowskim gniazdem

Dnia 4 czerwca roku pamiętnego /zebrała się banda stolca okrągłego / Kiszczak, Jaruzelski, moskiewskie pachołki / ze zdrajcami ludzi podzielili stołki

Paweł Kukiz

Wielokrotnie pisałem, że dzieciństwo, młodość i dorosłość spędziłem w XX wieku. A skoro jak pisze Jerzy Pomianowski było to stulecie: nalotów dywanowych, bomby atomowej, obozów zagłady, czystek etnicznych, planowej likwidacji całych klas i narodów to nie trudno było uwierzyć Emilowi Cioranowi, że człowiek to zwierzę, które zdradziło naturę.

Przerabiałem to na własnej skórze. Przez 37 lat nosiłem mundur żołnierski, a po wykopaniu z armii, stając się „socjomasą balastową budżetu”, na którą muszą pracować młode pokolenia Prawdziwych Polaków, nadal ogawędzam zjawiska, niekoniecznie jawne, starając się zaglądać za kulisy kulis MON i MSW. Nigdy nie ukrywałem drażliwych spraw. Nie pragnąłem tego robić, ale w inny sposób nie mogłem sobie poradzić.

Nie chcę używać wielkich kwantyfikatorów, podobnie jak staram się nie generalizować. Dlatego bądźcie uprzejmi, czytając sądy ocenne, poprzedzać je słowami „chyba”, „możliwe”, „wydaje się” itp., a do opisów z użyciem liczby mnogiej np. „Polacy”, „generałowie”, „oficerowie”, „służby specjalne”, „politycy” podstawiać tylko te osoby, które się do tego opisu poczuwają, a nie wszystkich tych, których te pojęcia mogą oznaczać, i które są tak godziwe, że mogłyby być modelami dla artystów malujących portrety aniołów.

Wybaczcie wreszcie nadmierne stosowanie paraboli, litot i dytyrambów, tej swoistej „pieśni kozła”. Moje grafomaństwo nie rości sobie pretensji do miana literatury czytanej powszechnie. Bo czytelników, których jeszcze niedawno nie można było oderwać od książek, już nie ma. Tacy czytelnicy już byli. I przy takiej polityce rządu Platformy, partii bez właściwości, coraz bardziej zbzikowanej, już takich nie będzie. To, co robią politycy, to kulturalne ludobójstwo. Elity partyjne, uzurpując sobie prawo do bycia przedstawicielami narodu, wolą toczyć „wojnę smoleńską lub podsłuchową”.

Jeżeli powiecie, że dla tych polityków katastrofa smoleńska czy nielegalne posłuchy to sprawa życia i śmierci odpowiem: Nie! To dla nich znacznie ważniejsze! To jakiś Baal, absolut, zagadka, tajemnica wyzbyta pozahistorycznego sensu, której wytłumaczyć logicznie nie można. I powiem, że to nonsense and baloney (nonsens i bujda). I zacytuję Władimira Wysockiego: Mój kraj od dawna, jak samochód stary, /prowadzi szofer, który pluje nań.

***

Gdyby była sensowna alternatywa, robiłbym wszystko, aby ekipa kierująca Tusko-Kopaczomocarstwem rządziła jak najkrócej. Marzę o tym, żeby na podmianę przyszli aparatczycy, którzy zmajdrowali IV RP. Oni już nabroili, budując twór, w którym ludziom żyło się miło i jeszcze śmieszniej niż w Peerelu. To PiS stworzył w IV RP takie stężenie patriotyzmu, że o sugestii wprowadzenia eutanazji nie było sensu myśleć. Udusić się było można bez pętli, samymi wartościami.

Gdy sobie o tym przypominam ogarnia mnie frajda tak okrutna jak kwilenie matki, której córka się skurwiła. W III RP partie polityczne przekształciły się w przedsiębiorstwa biznesowe. Ich historia składa się z czterech słów: „kasa”, „jaja”, „momenty” i „mózg na ścianie”. Ratunku upatruję w recyklingu IV RP i zbudowaniu państwa jeszcze zabawniejszego niż to, które w latach 1939 – 1945 zafundowali nam Adolf Hitler z Józefem Stalinem.

Tak. My, Naród! My, Polacy! Jesteśmy kombinacją ksenofobii, cierpiętnictwa i megalomanii. Jesteśmy tak głupio i homofobicznie zaprogramowani, tak patriotyczni i tak klerykalni, że możemy zniszczyć to, co już osiągnęliśmy i okazać się zdolnymi zniweczyć szansę daną nam przez los na stworzenie nowoczesnego państwa.

Rządy w partiach sprawują małe świrujące zasrańce żywiące swoich konfratrów z budżetu, a więc ze składek społeczeństwa. Obie liczące się partię stosują zasadę „oko za oko”. Ludzie muszą uważać. Ta zasada prowadzi do ślepoty…

To nie polityka! To erzac polityki. Do lamusa ciśnięto piękne słowo — cnota, oczywiście w użyciu sokratejskim jako dobro moralne. Cnotę zastąpiono wieloznacznym pojęciem wartości. I nikt już nie wie, czy politykom chodzi o numer, cenę czy zalety, przymioty moralne, bo pojęciu cnoty coraz częściej przypisuje się znaczenie seksualno-pornograficzne.

Co prawda Zbigniew Herbert napisał: Bądź wierny. Idź. Małpują go Prawdziwi Polacy. Poeta operował metaforą. Nie określił precyzyjnie z kim i dokąd mam iść. Z Bogiem? Z diabłem? Po złote runo nicości. Posłuchałem. Złote runo nicości mnie zachwyciło. Poszedłem. Szukałem runa w knajpie. Nie było mnie kilka dni. Gdy wróciłem, dostałem po pysku. Od żony…

Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem.

PS

Książka ukaże się na początku listopadzia 2015 r.

W. PUTIN I CO DALEJ?

Człowiek, proszę państwa to nie jest udana rzecz. Człowiek to jest taka rzecz, która lubi mordować.

Marek Edelman

Będąc na bieżąco z całym gównem tego świata coraz częściej słyszę głosy, że prezydent W. Putin zwariował. Nic bardziej błędnego.

Pod koniec lat 80. Putin, pod przykryciem dyplomaty, był starszym lejtnantem KGB urzędującym w Dreźnie, by po dziesięciu latach zostać szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa – sukcesorki KGB. Spotkałem go w Dreźnie dwa czy trzy razy przy różnych okazjach. Robił dobre wrażenie. Był oczytany ponadprzeciętnie. Zdawało się, że pragnie wyprzedzić swój czas. Z takich ludzi wyrastają albo myśliciele albo wielcy bandyci. Obserwując to, co Putin robi dziś obawiam się, że zachodzi drugi człon tej alternatywy. Przykro patrzeć na lwa, który szczeka i stara się jeszcze gryźć.

W Dreźnie koledzy KGB  nadali mu ksywę „Krótki Putin”, która obowiązywała do czasu, aż został szefem FSB Rosji. W ksywie nie było złośliwości a jedynie aluzja do jego wzrostu i uznanie dla jego kompetencji wywiadowczych. Obecnie, w Moskwie i Petersburgu  opozycja rosyjska nadała prezydentowi kryptonim „Lil”. Od liliputa. Mówi się, że Putin, aczkolwiek chce wzorować się na Stalinie ma charakter liliputa…

Władający Rosją prezydent to pojętny, zmyślny, twórczy i bystry uczeń Andropowa i Kriuczkowa. Ma geny Stalina, a gębę Chruszczowa i Breżniewa. W jego żyłach buzuje krew krewkiego kagiebowca i trudno pojąć, co mu w duszy gra.

Wydaje się, że współczesna Rosja nie jest jednak krajem totalitarnym a jedynie autorytarnym. W. Putin buduje demokracje w specyficznym carsko-bizantyjskim stylu, opartą o tajne służby, wojsko, cerkiew i oligarchów. Do prezydenta Rosji pasują słowa Onufrego Zagłoby: Zdechnę ja i pchły moje, ale Rosja będzie Rosją wielką, której wszyscy będą się bać. Jestem przekonany, że autorytaryzm putinowski coraz bardziej gnije i w końcu sami Rosjanie opamiętają się… Ale co Putin ze swoją ferajną narozrabia to narozrabia. Boć to przecież gigant zła…

Jedno jest pewne,  w 2014 r. Putin zakończył wakacje Europy od historii. Nie można wykluczyć, że prezydent Rosji, zazdroszcząc poprzednikom sukcesów, postanowił na razie rozruszać… Ukraińców. Gdyby miał na nosie okulary lustrzane, można by w nich ujrzeć Krym i Gruzję. Może Putin czytał dzienniki dr. Josepha Goebbelsa. Znając język niemiecki, miał taką możliwość znacznie wcześniej niż wydobyto tekst na światło dziennie i ogłoszono w 18 woluminach. Manuskrypt dzienników przeleżakował wiele lat w archiwum sowieckich służb specjalnych. Może uderzyło go takie zdanie ministra propagandy III Rzeszy: Nie spodziewamy się po monarchach Europy zbyt wiele. Oni widzą w nas parweniuszy i sądzą, bez względu na to, jaką władzę mamy, że można nas traktować z góry. Trzeba ich od czasu walnąć w szczękę, aby oprzytomnieli.

No i walnął. Zaatakował punktowo. Każdego dnia potarza europejczykom slogan N. Chruszczowa: Czy wam się to podoba, czy nie, historia jest po naszej stronie. My was pogrzebiemy. Maksymalnie wykorzystuje służby specjalne. Polityka prezydenta bardzo podoba się Rosjanom. Popiera go 85 procent rodaków. Dlaczego? Bo Rosjanie jeszcze nie wiedzą, że znacznie lepiej jest mieszkać w miłym kraju a nie potężnym. Potęga doprowadza ludzi do szaleństwa.

Europa przytomnieje. Ale bardzo, bardzo wolno. U naszego wschodniego sąsiada od wieków przeważają ciągotki nacjonalistyczne. Rosja i Rosjanie w głębokim poważaniu mają przyszłość i płaczą za Imperium. A widok spłakanych rodaków wycisnąłby nawet łzy z Kaliguli, a co dopiero z Putina. Człowiek post-radziecki tęskni do przeszłości i śni o odbudowaniu „Spłakanego Imperium”. Człowiek rosyjski jest zdolny do niespotykanych wyrzeczeń. Prezydent  jako człowiek inteligentny, jako były szef FSR, rozumie dobrze duszę rodaków. Napadając zbrojnie na Krym, chciał osuszyć spłakane oczy Rosjan.

Zachód zaakceptował anszlus Krymu, ale oficjalnie z tym się nie pogodził. I tu władca Rosji popełnił pierwszy błąd. Gdyby był konsekwentny, to po zaborze Krymu powinien był zająć zbrojnie Ukrainę wschodnią i południową. Zachód byłby zszokowany.

Zatrzymanie zbrojnego podboju Ukrainy i postawienie na uzbrojonych po zęby „zielonych ludzików” było kolejnym błędem Putina, który ma wprawdzie odwagę i zdecydowanie lwa, ale brak mu doświadczenia Lenina i Stalina. Prezydent zapomniał, że puszczenie samopas terrorystów operujących na wschodzie Ukrainy, oprócz korzyści politycznych może przyczynić się do skutków katastrofalnych. Katastrofą było zestrzelenie cywilnego samolotu. Nieokiełznane czeredy bandytów grasujących pod patronatem Rosji zmusiły Moskwę do zajęcia pozycji obronnych, do tłumaczenia czynów, których wytłumaczyć się nie dać.

Do tej pory było tak, że świat ślepł i głuchł, kiedy zbliżał się Putin – car. Tak było już po aneksji Krymu. Teraz sytuacja się zmieniła. Zachód ochłonął. Zestrzelenie samolotu zbudziło z letargu USA i czołowe państwa Europy – Niemcy, Wielką Brytanię i Francję i reanimowało NATO. Skutkiem agresji Putina może być nawet zmiana doktryny obronnej paktu, dostosowanie jej do wymagań wojny czwartej generacji.

Ale Zachód zmienia się za wolno. Jednak coraz widoczniejsze są trendy antyrosyjskie. Antyrosyjskość Europy  wynika z antyrosyjskości Rosjan. Putinowi może się marzy pełzająca interwencja. Może na początek chce jedynie sfinlandlizować Ukrainę… Może…? On przecież dobrze wie, że Rosji nie zagraża NATO lub Unia Europejska. Prezydent Rosji wie, że za chwilę groźni będą Chińczycy a już są groźni fundamentaliści islamscy…

Jednego Moskwa może być pewna – Zachód nigdy nie zdecyduje się „umierać za Ukrainę”. Zachodni mężowie pokrzyczą, ponarzekają i uznają status quo… Tak zwany demokratyczny świat nie ma gotowej odpowiedzi na pytanie: Kto po Putinie? Nie rozważając nawet takiej  alternatywy Zachód pozwala marzyć Putinowi o restauracji Imperium. Tak zwany demokratyczny świat ciągle żyje złudzeniami. Zapłacimy za to wszyscy, gdy okaże się, że złudzenia zostaną utracone.

***

W sprawie Rosji żywię się informacjami telewizyjnymi. Ekran parska militaryzmem, katastrofizmem, onanizmem… Nie wiadomo czy ogłuchnąć, czy oślepnąć, czy defekować? Więc zwracam uwagę na coraz śmieszniejszą główkę prezydenta Rosji. To żyjąca iluzjami główka wymarłego gada, która już nie jest w stanie przewidzieć jak się skończy jego panowanie. Putin poszedł o jeden most za daleko. Kiedy nastąpi deziluzja i prezydent uświadomi sobie, że dla niego nie ma dobrego wyjścia? Z jednej strony grozi mu „rosyjski majdan”, czyli – jak to nieraz w Rosji bywało –  straszny rosyjski bunt, bezmyślny i bezlitosny, a z drugiej czają się jeszcze groźniejsi przeciwnicy, uważający że prezydent jest… za łagodny, że, gdyby był stanowczy,  mógł już opanować całą Ukrainę… Zabójstwo Niemcowa pod kremlowskim murem jest wyraźnym ostrzeżeniem dla Putina – „uważaj Wadymirze Władymirowiczu. My jeszcze istniejemy. Maszeruj śmiało do przodu, bo…”

Wszystko wskazuje na to, że za tymi zbirami czai się jakaś grupa rekrutująca się z armii, dla których żywiołem jest wojna. Armii niezadowolonej, że w otoczeniu prezydenta brylują odwieczni wrogowie wojskowych, czyli przedstawiciele służb specjalnych…

Uf! Gdybym był Rumunem, Mołdawianinem, Bułgarem, Białorusinem, Grekiem, Austriakiem, Łotyszem, Estończykiem, Litwinem, mieszkańcem Bałkanów, a nawet Turkiem zaczynałbym się bać.

***

Dziś światem rządzą wirtualne kapitały, a nie rakiety z głowicami nuklearnymi wspartymi lotniskowcami, czołgami i wszystkim, co strzela. W tym tkwi szansa naszego wschodniego sąsiada, ale i Rosji. Jeżeli świat zachodni nie chce zniknąć jak Atlantyda, musi coś z tym fantem zrobić. Konflikt na Ukrainie  jest niczym innym jak początkiem ery „zmagań czwartej generacji” określanej skrótem 4 GW (Fourth Generation Warfare) – czyli kulturowo-cywilizacyjnych konfliktów wykraczających poza ramy państwa narodowego i historyczną triadę gen. von Clausewitza: rząd-armia-naród. Trudno powiedzieć, czy nieprzemyślany atak zapoczątkuje drastyczne zmiany na świecie, czym może się charakteryzować XXI wiek? Czy dojdzie do wielkiej depopulacji i powstania całkowicie nowej cywilizacji, czy…?

PS.

Tekst jest epilogiem książki Lot nad szpiegowskim gniazdem. Komentarze proszę kierować na adres: hp.piecuch@gmail.com

STAN WOJENNY I GENERAŁ WOJCIECH JARUZELSKI

Bywały czasy, w których często odwiedzałem Sztab Generalny WP i MSW. Mimo, że było w tych instytucjach szczególnie duże stężenie bałwaństwa, to nie wariaci mnie fascynowali. Interesujące były roszady personalne pomiędzy dwoma resortami. Ruchy w tę i we w tę stronę trwały przez czas trwania Peerelu, ale proceder nasilił się po zdobyciu przez gen. W. Jaruzelskiego władzy absolutnej i mianowaniu na fotel ministra spraw wewnętrznych gen. Cz. Kiszczaka. „Lud mundurowy” nazwał to „desantami aniołów”. Miło było obserwować aniołów z WSW, które spadały na MSW i inne resorty jak deszcz, kropla po kropli a niekiedy jak grad. Iskrzyło. Jednak wyładowań nie było. A szkoda…

W latach 80. myślący funkcjonariusze bezpieki (byli tacy, nieliczni, ale byli) szeptali, że Kiszczak oddał ważne sprawy resortu w ręce kramarzy z wojska. To – ich zdaniem – nie wróżyło niczego dobrego. Jaruzelski i Kiszczak rzucali się do rządzenia Krajem Pieroga i Zalewajki z większym zapałem niż kanibal na zawodnika sumo. Polska coraz bardziej przypominał szpital dla „czubków”, w którym rządzili lunatycy. Generałowie chętnie rozprawiali o wolności uważając, że wolność jest to prawo robienia tego, co oni chcą i przeszkadzania innym w robieniu tego, czego chcą. Może to ładnie brzmiało, ale brzydko pachniało. O ile jednak Jaruzelski był klasą dla siebie i jest przykładem, jak można mówić o wzniosłych celach a jednocześnie nikczemnie postępować, to przykładem, jak postępuje człowiek, który o wzniosłych celach nawet nie słyszał, był Kiszczak.

Pochodzący z Kurowa, z ziemiańskiej rodziny gen. Jaruzelski przykładał wagę do dobrych manier i uprzejmych gestów i nawet jak chciał kogoś usunąć ze swojej drogi posługiwał się umyślnymi, zazwyczaj Kiszczakiem. Koledzy z ASG nazywali go „Wojtuś Chrystusek” a złośliwy goryl płk. Artur Gotówko nadał mu ksywę „Wojtuś Szabelka”, która przylgnęła do generała jak gum do żucia do podeszwy buta.

Jaruzelski w życiorysie ma trzy lata rąbania tajgi i podpisanie paktu z Antychrystem, czyli przejście do stworzonej na rozkaz generalissimusa I Armii WP w ZSRR i pierwsze kontakty z NKWD. Było to zrozumiale i wytłumaczalne. Tylko w taki sposób można się było wyrwać z Syberii. Po zakończeniu wojny zostanie w armii nie było już tak jednoznaczne. Przecież ta armia, razem z bezpieką, milicją i partią, przynajmniej do 1956 r. roznosiła sowiecką zarazę. Przyszły generał nie może się tłumaczyć niewiedzą. Widział. Słyszał i czuł…

Jaruzelski, mający za sobą chwalebny szlak żołnierski od Riazania do Łaby postanowił być raczej bijącym niż bitym i wybrał na dalszą drogę życia służbę wojskową. Tym samym kontynuował zaczętą 19 lipca 1943 r. karierę. Najpierw, jako podchorąży Oficerskiej Szkoły 1. Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. Naukę ukończył 16 grudnia 1943 r., z setną lokatą. Uzyskawszy stopień chorążego (lepsi podchorążowie otrzymywali stopień podporucznika) został skierowany do 5 pułku piechoty 2. Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego na stanowisko dowódcy plutonu. W maju 1944 r. został dowódcą plutonu zwiadu, a od stycznia 1945 r. dowodził całym zwiadem 5 pp. W czasie rządu generała kilkakrotnie spotykałem się z szefem sztabu 5. pp płk. Aleksandrem Fominem. Oficer był zachwycony „wojaczką” Jaruzelskiego. Opowiadał, że po przyjściu chorążego do pułku, rozmawiał z nim i on mu powiedział, że pochodząc z niezbyt bogatej rodziny całe życie marzył o dostaniu od rodziców w prezencie konia. I dostał – konika polnego. Fomin to zapamiętał. Gdy zwolnił się etat dowódcy zwiadu konnego mianował na to stanowisko Jaruzelskiego. Dziecięce marzenie spełniła armia. Tyle, że koń Wojciecha był w strasznym stanie a żołnierze plutonu w jeszcze gorszym. Chorąży nazwał szkapę chabetonem a z żołnierzy w krótkim czasie „zrobił” sprawnie działający pododdział. Również koń pod opieką Jaruzelskiego wkrótce przemienił się w rasowego rumaka i chorąży przemianował go na bucefała (od imienia konia  Aleksandra Wielkiego).

Przyszły generał oszczędnie dawkował opowieści o przygodach frontowych. Ale i tak nie ustrzegł się wpadki. Opowiadał na przykład, że po walkach o Kołobrzeg i dotarciu do Bałtyku napoił w morzu bucefała. Być może zapomniał, że koń nie jest rybą i słonej morskiej wody nie pije.

Miłość do koni pozostała generałowi do późnych lat. Nawet w czasach premierowania zawsze starał się wykroić trochę czasu by pojechać do Starej Miłosnej. Miał tam ulubionego „Bucefała”, rasowego rumaka. Galopował na nim po leśnych duktach ku przerażeniu ochroniarzy. Dwukrotnie jacyś dowcipnisie próbowali wykorzystać miłość Jaruzelskiego do koni, aby dokonać na niego zamachu. Podejrzewałem, że jest to robota WSW organizujących fikcyjne zamachu, aby się dowartościować. Takich zamachów było pięć. Cztery pierwsze – sądzę – były fikcyjne, organizowane przez tajne służby, chcące się dowartościować. Piąty zamach był ewidentnie zbójecki, indywidualny, wykonany przez niezadowolonego kmiotka, Stanisława Helskiego, byłego działacza NSZZ Rolników Indywidualnych, który w czasie podpisywania książki Stan wojenny… Dlaczego? uderzył generała kamieniem w głowę.

Faktem jest, że W. Jaruzelski był w czasie bojowego szlaku od Puław do Łaby dwukrotnie ranny. Miało to dalekosiężny skutek – musiał się myć tylko w wodzie utlenionej, co do pasji doprowadzało jego szefa ochrony kontrwywiadowczej i fizycznej płk. A. Gotówkę. Wyobraźcie sobie oficjalną wizytę, na przykład u pułkownika Kadafiego w Libii. Gala w pełnej krasie. Idzie oficjalna delegacja i towarzyszące osoby a na końcu szef ochrony, który zamiast kałasznikowa dzierży w ręku hermetycznie zamykaną bańkę w wodą utlenioną, aby generał mógł od czasu do czasu odświeżyć sobie zmęczoną upałem twarz…

W czasie wojaczki Jaruzelski odkrył, że istnieją sprawy, o których opłaci się nie myśleć, by szybko awansować. To w wojsku niepodległość II RP, pod wpływem marksizmu szybko wyszumiała mu z głowy. Zaczął budować komunizm. Cały czas mienił się patriotą. Sztandar czerwony  traktował jak fetysz i nic mu nie przeszkadzało, że bolszewicy na polskich sztandarach urwali orzełkowi koronę. Oczywiście, jak każdy konwertyta wstydził się swojej ziemiańskiej rodziny. Pół wieku zajęło bu przekonywanie komunistów, że nie jest ziemianinem, a ostatnie dwadzieścia pięć lat starał się przekonać ziemian, że nigdy nie był komunistą.

Można go zrozumieć. W Peerelu tacy rodzice jak jego, samym swym istnieniem budzili wstyd u dzieci, którzy chcieli robić karierę. Więc ukrywał swe pochodzenie do końca lat osiemdziesiątych, co mu umożliwiło piastowanie m.in. następujące stanowiska i funkcje: komendanta wojennego miasta (walczył z UPA i podziemiem niepodległościowym, m.in. z WiN), wykładowcy taktyki i zastępcy szefa Głównego Zarządu Bojowego. Był także dowódcą 12 Dywizji Zmechanizowanej, szefem Głównego Zarządu Politycznego WP, szefem Sztabu Generalnego WP i ministrem obrony narodowej. Wydaje się, że jego głównym „pchaczem” przynajmniej gdy chodzi o karierę wojskową był gen. Popławski. Jaruzelski był też posłem, członkiem Biura Politycznego KC PZPR, prezesem Rady Ministrów, przewodniczącym Rady Państwa, I sekretarzem KC PZPR, szefem WRON oraz prezydentem PRL, a w III RP tylko prezydentem. Na szefa WRON nikt go nie wybierał. Wybrał się sam.

Po skończonej wojnie na I i II Armię WP spadł obowiązek wytępienia opozycji niepodległościowej. Wojsko (razem funkcjonariuszami Bezpieczeństwa Publicznego i KBW) walczyło o zdobycie władzy a później o jej utrwalanie. Walczyli tak długo, aż opozycjonistów przykryła ziemia. Najbardziej niepokornych zabito a chwiejnych wsadzono na długie lata za kratki. Można było zmniejszyć armię z przyległościami do około czterystu, a bezpiekę do stu tysięcy, plus ORMO, dochodzące w porywach do pół miliona.

Redukcja objęła wielu oficerów, ale nie Jaruzelskiego. Zrobił zadziwiającą, błyskawiczną karierę. Okrzyknięty najlepszym ministrem obrony Polski powojennej, nie wyglądał na twardziela. W marcu 1968 r., jako szef Sztabu Generalnego WP (za przyzwoleniem Gomułki) wspólnie z generałami Moczarem i Szlachcicem oraz dziczą esbecko-partyjną wygarbowali plecy protestującym studentom i wypatroszyli niektórych Żydów, którym udało się przeżyć Holokaust. W sierpniu tegoż roku, już ze stanowiska ministra obrony narodowej wydał jedynie polecenie Armii Polskiej (utworzonej na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego) wzięcia udziału w interwencji na Czechosłowację (wraz z częścią Zjednoczonych Sił Zbrojnych UW). W 1970 r. rozkazał strzelać do robotników na Wybrzeżu, zaś 12 grudnia 1981 r., aby zdusić „Solidarność”, jednoosobową decyzją powołał Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON) i mianował się jej szefem. Dwudziestu trzech błaznów, zebranych w reprezentacyjnym salonie MON, dla których Jaruzelski był bóstwem, świadomym, czego chce i po co, powiedziało sobie: my tylko jesteśmy dobrym towarzystwem…

Połowa ludzi uwierzyła im. WRON była tworem pozakonstytucyjnym o charakterze junty wojskowej. Bbyła bandą chuliganów iskających grzbiet społeczeństwa w poszukiwaniu zdrajców, którym nie podobał się socjalizm. W jej składzie znalazło się 18 generałów 3 pułkowników i 2 podpułkowników. W większości były to trupy moralne acz ze sporą wiedzą wojskową. Wronowcy byli przekonani, że sprawy gospodarcze i polityczne można załatwić rozkazem wojskowym, zaś W. Jaruzelski uważając, że ludzie w większości nie są dobrzy, a członkowie „Solidarności” wręcz źli, ogłosił stan wojenny dla całego kraju. Poczułem się coraz mniejszy. Mały, maluteńki. I pomyślałem, że jeszcze kilka miesięcy i zniknę z powierzchni Ziemi. Tej Ziemi.

***

W nocy z 12 na13 grudnia 1981 r. z pustego nieba nad szarą Polską prószył nieśpiesznie śnieg. Na zimowe ulice miast i miasteczek wyruszyły milicyjne suki. Wyroiły się z nich „trójki” esbecko-żołniersko-milicyjne. Wpadały do mieszkań działaczy „Solidarności” ściągając brutalnie z żon, kochanek i kochanków aktywistów związkowych, pakując ich do „pierdli” a następnie przewożąc do przygotowanych naprędce obozów dla internowanych. Wkrótce 15 tys. „wichrzycieli” znalazło się pod kluczem a na zabicie 9 górników z kopalni „Wujek” nie trzeba było wcale używać tak dużo amunicji. „Zmarnowano” jej dużo, dużo mniej, niż w czasie pacyfikacji „Czarnego Czwartku” w Poznaniu w czerwcu 1956 r., kiedy to wystrzelono do ludzi zbuntowanego miasta około stu osiemdziesięciu tysięcy sztuk amunicji (była to amunicja głównie do broni strzeleckie) lub w czasie ujarzmiania rewolty na Wybrzeżu w grudniu1970 r.

Z rejonów alarmowych z chrzęstem gąsienic wypełzały transportery opancerzone i czołgi. Niektóre tanki, jak T-54, pamiętały jeszcze czasy chwały oręża LWP: bitwę pod Lenino i Studzianki, i Wał Pomorski, i forsowanie Odry i Nysy Łużyckiej, i park Tiergarten, a niektóre nawet Łabę.  Okręty zablokowały porty a samoloty przestrzeń powietrzną…

Po ulicach krążyły samochody ciężarowe wypełnione wojskiem wypluwając w wyznaczonych miejsca patrole zaopatrzone w kałasznikowy i koksowniki. WSW zorganizowało dwa fikcyjne zamachy na szefa WRON (do dziś niewyjaśnionych). Około trzech milionów zbrojnych – żołnierzy, milicji, Służby Bezpieczeństwa, ORMO i doraźnie zmobilizowanego tałatajstwa ruszyło bronić socjalizmu jak niepodległości. Chociaż socjalizmu nikt nie atakował. Dziesięciomilionowa ‘Solidarność” nie miała ani sztuki zdolnej do użytku broni.

Zmarznięta ziemia jęczała. Tratowana gąsienicami sprzętu pancernego trzeszczała jak niewidzialna grzechotka. Z domów dochodziło zgrzytanie zębów i płacz dzieci, bo generał, sztywny jak sztacheta w płocie pozbawił je „teleranka”. Zamiast bajek szef WRON, co godzinę powtarzał to samo przemówienie mające pompować do mózgów rodaków zdania dawno zdewaluowane, zdewastowane, sparszywiałe, w które nikt już nie wierzył. Było to telewizyjne wystąpienie nagrane znacznie wcześniej w zapasowym studiu telewizyjnym zorganizowanym w jednostce wojskowej przy alei Żwirki i Wigury w Warszawie. Przemówienie nadęte pychą i naszpikowane ostrzeżeniami, że wspólnota socjalistyczna jest zagrożona. W. Jaruzelski chciał być w tym przemówieniu jak tygrys Miłoszowy, machający ogonem i wyskakujący poecie z wiersza. Ale w tym momencie generał był, niestety, jedynie żałosnym, zależnym od Moskwy namiestnikiem, mogącym, co najwyżej straszyć naród jeszcze większym złem. Można się jeno zastanawiać, dlaczego generał, o ugruntowanej pozycji politycznej robił z siebie idiotę na oczach milionów rodaków?

Tak, w tę grudniową noc, przez okno w budynku  Urzędu Rady Ministrów, oświetlony zimnym blaskiem księżyca przyglądał się swemu dziełu „Wojtuś Chrystusek”, którego stopień wojskowy od tej chwili był pisany wielkimi literami. Generałowi nie przeszkadzał trzaskający mróz, który nosy sinił i uszy zakręcał. Stał niewzruszony. Stał przyglądając się szadzi na okolicznych drzewach iskrzących się jak ognie bengalskie w reflektorach przejeżdżających samochodów z wojskiem, wozów pancernych i milicyjnych suk. Z twarzy Jaruzelskiego promieniował nieziemski patriotyzm, dobroć i umiłowanie ojczyzny socjalistycznej. Subtelne ziemiańsko-generalskie zmysły upajały się trzema słowami wypowiedzianymi telefonicznie (o godzinie 14.00 12 grudnia 1981 r.) do ministra spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka: „Czesiu! Uruchamiaj operację”. W sekundę później te same słowa usłyszał gen. F. Siwicki…

Z przyzwoitych polskich domów emanowała wściekłość. Dolatywały bluzgi. W duszach aktywistów PZPR i ZSL huczała radość, że generał zrobił to, co obiecał. Jedynie z serc zidiocianych betonów partyjnych powiało smutkiem i przygnębieniem. Zdawali sobie sprawę, że generał wygrał. W tej sytuacji nie mógł przegrać. Wszyscy wiedzieli, że stan wojenny jest dobrze przygotowany, w czym zasługa Sztabu Generalnego WP i MSW, ale nie tylko. A „beton” marzenia o przejęciu władzy musi odłożyć ad Kalendas Graecas.

W czasie rządów Jaruzelskiego (1989 -1989), mimo, że byliśmy bankrutem Europy, zamówiono w Związku Sowieckim 40 sztuk samolotów szturmowo-bojowych SU-2, 12 śmigłowców bojowych ppanc. MI -24, nowy dalekosiężny rakietowy system obrony wybrzeża RUBIEŻ, 4 okręty rakietowe, okręt podwodny OREŁ, 12 myśliwców Mig – 29 (planowano nabyć 24 myśliwce)…

Mając władzę absolutną szef WRON był powściągliwy jak angielski dżentelmen. Był też osobą niezwykle taktowną i grzeczną tak, że gdy go Jerzy Urban przez pomyłkę pocałował rano w rękę, Jaruzelski, aby nie robić przykrości rzecznikowi, do końca dnia udawał kobietę.

W. Jaruzelski sprawiał wrażenie papierowego żołnierzyka z piosenki Bułata Okudżawy i najpracowitszego człowieka z wszystkich wielkich postaci Peerelu. Po objęciu stanowiska premiera i funkcji I sekretarza KC PZPR żył jak mnich w Tybecie. Miał wprawdzie zonę, męczącą nudziarę, zapatrzoną w swoją dawno minioną urodę i nie dziwcie się, że nie wychodził z gabinetu przez osiemnaście godzin na dobę nie chcąc wracać do domu. Wierząc, że człowiek, który nie czyta nie ma przewagi nad tym, który nie umie czytać generał przez dziewięć godzin czytał meldunki i donosy, które jak pies w pysku przynosił mu zausznik szefa Służby Wywiadu i Kontrwywiadu, a przez drugą połowę doby obmyślał kolejne manewry gospodarcze, doprecyzował napisane przez pułkownika Kuklińskiego, a od listopada 1981 r. przez majora Wiesława Górnickiego artykuły i przemówienia oraz zarządzenia wygenerowane przez szefa gabinetu premiera gen. Michała Janiszewskiego. Ten generał akurat nie należał do najgłupszych na dworze Jaruzelskiego, ale także podsuwał szefowi rzeczy urągające rozumowi.

W. Jaruzelski żadnych nałogów nie miał. Ani kawy, ani alkoholu, ani tytoniu, ani, co nie daj Boże narkotyków, ani nawet seksu nie zażywał. Ta ostania przypadłość odbiła się negatywnie na generale. Gdy skończył dziewięćdziesiąt lat i na dodatek był chory, żona oskarżyła go, że jest niedopieszczona, że mąż więcej uwagi poświęca gosposi i zagroziła rozwodem… Generał słabł z minuty na minutę. Nikł w oczach jak śnieg na wiosnę. Jeszcze chciał, tak jak zawsze, żyć przyszłością, ale od rana budziła go przeszłość. Kapała z radia, telewizji, prasy, rozmów z prokuratorami, sędziami…

A przecież pani dr Barbara Jaruzelska, która z Wojciechem przeżyła 54 lata powinna wiedzieć, że adrenalinę i szczęście zapewniały mężowi nie używki ani nawet seks, a niepokój o losy socjalistycznego państwa i komunistycznej wspólnoty. Generał mógłby powtórzyć za J. Giedrojciem: „Ja się nie nadaję do szczęścia osobistego”.

Spoglądając z perspektywy półwiecza na to, czego W. Jaruzelski dokonał i parafrazując Tuwima napiszę, że generał był na pewno mężem stanu (wojennego – dorzucą złośliwcy). Bezwarunkowo – mężem stanu. Zcałąstuprocentowąpewnością – był mężem stanu, najlepszym, jaki mógł się Polsce i Polakom przytrafić w przełomowym 1989 roku..